Amores Perros
Nawet nie miałem tego w planach. Współspacz siedzi sobie wczoraj wieczorem i w pewnym momencie pyta się czy oglądałem "Amores Perros". No ależ oczywiście. Na pytanie czy dobre odpowiedź mogła być tylko jedna. No to kumpel sobie ściąga, a ja, chwila zastanowienia i propozycja, że może obejrzymy u mnie bo w sumie... to ja bym sobie go 3 raz też obejrzał :) Tak też i się stało. Znowu miałem przyjemność obejrzeć film o "psach" ('perro' oznacza 'pies'). Psach w dosłownym znaczeniu, gdyż powtarzającym się motywem są psy, które towarzyszą bohaterom. Psami są też ludzie, zaszczuci swoim życiem w slumsach, niepewni swej przyszłości, szamoczący się w otaczającej ich teraźniejszości niczym oszalałe przed walką psy (scena z braćmi przywiązanymi przez El Chivio w jednym pokoju walczącymi o leżący na podłodze rewolwer). Poznajemy życie trzech rodzin (?), a właściwie par, których życie splotło się wokół jednego wypadku samochodowego. Film pełen jest brutalności (sceny walk psów, pobicie na zlecenie, itd...), jednak nie jest to rażąca, jak w niektórych filmach, brutalność. Ukazuje ona bowiem niepodkoloryzowane w żadną stronę życie bohaterów. Każdy z trzech wątków w swoim finale powoduje ściśnięcie się gardła - szczególnie wymowny jest widok modelki patrzącej na "miejsce do wynajęcia", El Chivio nagrywającego się na automatycznej sekretarce czy też palenia zwłok psów. Przez większość filmu doznaje się coraz większego doła obserwując bohaterów, którym po raz kolejny rujnuje się planowane życie. W takich chwilach przypomina się stwierdzenie: "Chcesz rozśmieszyć Boga? Opowiedz mu o swoich planach." Odczuć jakie są pod koniec filmu nie będę opowiadał by nie popsuć odbioru tym, którzy jeszcze tego nie oglądali. Niemniej, jak ktoś nie oglądał to niech szybko nadrabia zaległości - to jest film, do którego wraca się.
±
Komentarze do wpisu "Amores Perros":
Jeszcze nie ma żadnych komentarzy. Twój może być pierwszy.
Dodaj komentarz: