Jean Michel Jarre - po koncercie
Kilka minut po godzinie 16 wysiadłem na przystanku SKM Gdańsk Stocznia i ruszyłem razem z tłumem w stronę bram. Mimo tak wczesnej pory ludzi było już bardzo dużo. Po ponad pół godzinie przedzierania się przez kolejki i bramki udało mi się szczęśliwie wylądować w sektorze A1 tak gdzieś około 10 metrów przed sceną - na tyle blisko niej by widzieć co się dzieje na niej i na tyle daleko od niej by bez problemu widzieć wizualizacje na hangarach służących za telebimy i niebo nad sceną.
Powoli nasz sektor zaczynał się zapełniać i rozpoczęło się koczowanie na kocach, gazetach, plecakach i tym co kto miał pod ręką. Mimo, że nikt ze znajomych nie był w moim sektorze bo wszyscy jakoś podostawali A3 albo któryś z C to znalazło się towarzystwo, w którym dało się miło spędzić czas (pozdrowienia w tym miejscu dla ekipy z Wrocławia, chociaż pewnie i tak tego nie przeczytacie ;) ). Zaczęła się zbliżać godzina 19, chwila na którą zostało zapowiedziane wykonanie Zdjęcia Rodziny Polskiej (dołączył do niej nawet sam Jarre). W pięciu ujęciach została uwieczniona cała obecna publika trzymająca się za uniesione w góre ręce w geście solidarności. Zdjęcie w jakości pozwalającej na odróżnienie twarzy każdej osoby niedługo będzie można pobrać ze strony Miasta Gdańsk.
Rozpoczęło się coraz bardziej niecierpliwe oczekiwanie na koncert. Krótko po godzinie 20 na scenie ze swoim keyboardem pojawił się Stanisław Soyka, który dał krótki bo półgodzinny występ. Po jego zejściu ze sceny w tle pojawiły się ciche dźwięki muzyki nastrajającej publikę na to co ich czeka. Ciche, nieprzeszkadzające acz skutecznie przebijające się przez gwar tłumu i powodujące gorączkową wręcz atmosferę oczekiwania. Zaczęło się powoli czuć klimat. W pewnym momencie muzyka stała się głośniejsza i pojawiły się obrazy pokazujące Jarre'a grającego wśród ubranych w robocze stroje stoczniowców. Chwila gwaru wśród tłumu szukającego wzrokiem artysty, którego nie było widać na scenie. Jak się okazało wjechał on na platformie z lewej strony sceny, z której to po skończeniu utworu wbiegł na scenę i przywitał się z publiką. Rozpoczęło się wielkie przedstawienie wspaniale ukazujące klimat zarówno stoczni jak i upamiętnianych wydarzeń. Dźwig stoczniowy podświetlony niebieskim i zielonym światłem sprawiający futurystyczne wręcz wrażenie, który wtoczył się krótko po rozpoczęciu koncertu. Kawał zardzewialej blachy okrętowej zawieszonej na wspomnianym dźwigu służący za dodatkowy ekran do projekcji. Wnętrze hangaru za sceną, w którym buchała para, snopy iskier, buchające słupy ognia. To wszystko wspaniale tworzyło atmosferę stoczniowego industrializmu. Projekcje, w dużej części w czarnobiałych lub czerwonych barwach znakomicie nawiązywały do wydarzeń minionych lat. Jarre'owi udało się zbudować wspaniały klimat, który wprowadził widownię w swoisty trans. Ocierane przez niektórych łzy wzruszenia przy utworach dedykowanych stoczniowcom i śp. papieżowi Janowi Pawłowi II, las falujących rąk podniesionych w geście zwycięstwa, ogień z zapalniczek, słowa "Murów" śpiewane przez chór Uniwersytetu Gdańskiegoi i publikę, a także prawie nie ustające oklaski - tego nie da się zapomnieć.
Ten koncert zdecydowanie był inny niż jego dotychczasowe. Mniej było efektów świetlnych, laserowych, na które niestety część publiki była nastawiona. Dla mnie to jednak wielki plus tego przedstawienia bo nie wyobrażam sobie by w chwilach kiedy na hangarach wyświetlane były sceny z czołgami, protestującymi, migawkami z tamtych czasów czy też papieżem teren Stoczni miał rozbłyskiwać światłami dziesiątek laserów i setek reflektorów niczym na jakiejś dyskotece. Ten minimalizm efektów aczkolwiek o fajerwerkach w trakcie koncertu tego akurat nie można powiedzieć ;), stanowił właśnie cały urok tego wydarzenia. Jak to określił prezydent miasta Gdańska, Jarre przypomniał nam w piękny sposób... nas samych, Polaków.
Niestety były pewne zgrzyty organizacyjne, na które niestety nie można spuścić litościwej zasłony milczenia. Pierwsze i najważniejsze to to, że koncert raczej nie był bezpiecznie zorganizowany. W plecaku można było praktycznie wnieść wszystko, nikt nawet nie zajrzał co też mogę mieć w środku zwiniętego w kłębek swetra - o tym niech świadczy chociażby liczba przemyconych aparatów, które były zakazane (sam też sobie pluję w brodę, że jednak nie wziąłem :/). W chwili gdy wchodziłem na teren Stoczni nie było takich tłumów, a i tak połowa ludzi nie przechodziła przez bramki z wykrywaczami metalu tylko obok nich, a ochrona nie robiła nic sobie z tego. Pomijam fakt, że bramka nie zadziałała nawet na pokaźny pęk kluczy jaki miałem w kieszeni... Kompletną zaś porażką było złe przeliczenie liczby osób na m2 kiedy to się okazało, że w sektorze A1 trzeba jeszcze pomieścić ileś osób stojących za bramami, a miejsca już po prostu nie było. Skutkiem prób pomieszczenia tego nadmiaru ludzi było wpuszczenie ich na drogi ewakuacyjne... rewelacja.
Jednak mimo tych zgrzytów to nie żałuję wybrania się na koncert i z przyjemnością jeszcze raz wziąłbym w nim udział ;)
Kategorie: Narzekadła, Rozrywka, Z życia wzięte


