Starcie z Renomą w Gdańsku

30 maja 2006, 01:44:42

Bilans powrotu do domu linią nocną:

  1. Brak karnetów u kierowcy autobusu.
  2. Próba wyłudzenia mandatu przez kontrolera za brak biletu.
  3. Zatrzymanie mnie z użyciem siły przed wyjściem z autobusu na moim przystanku.
  4. Nieoddanie moich dokumentów na moje żądanie.
  5. Odmowa okazania legitymacji kontrolera w sposób umożliwiający spisanie z niej danych.
  6. Odmowa okazania biletu kontrolnego z datą rozpoczęcia kontroli w autobusie (ani jakiegokolwiek innego dowodu).

A i tak na następnym przystanku wyrwałem swoje dokumenty, dałem dyla z autobusu i zostawiłem pogrzanego renomistę z niepodpisanym przeze mnie mandatem. I niech mi spróbują coś do domu wysłać, to już sobie z nimi pogadam porządnie. A i tak zastanawiam się czy mimo to nie złożyć skargi na pracownika "Renomy".

Kategorie: Z życia wzięte

Wyzwanie

22 maja 2006, 20:33:52

Uhh, co to się narobiło. Ja, zatwardziały windowsiarz, który linuksa na kompie miał przez chyba tydzień czy dwa i potem skasował zostałem "zmuszony" do:

  • - Zainstalowania linuksa,
  • - Znalezienia sobie środowiska programistycznego dla C/C++,
  • - Zapoznania się z możliwościami ww.,
  • - Napisania w C++ pierwszego w życiu programu pod tegoż linuksa,
  • - ... na dodatek w trybie graficznym,
  • - ... na dodatek z animacją emulującą działanie miernika analogowego,
  • - ... na dodatek z obsługą wszelkich możliwych błędów przy odczytywaniu danych z pliku,
  • - ... na dodatek na piątek,
  • - ... TEN piątek (a dla przypomnienia jest poniedziałek wieczór...)

Uhh, na co mi przyszło... Do tej pory zrealizowałem dwa pierwsze punkty (Mandriva 10 + KDevelop) i jestem w trakcie trzeciego. Ciekawe czy uda się, życzcie mi powodzenia. :)

PS. A pomyśleć, że w LabWindows CVI pod windą byłoby to góra 15 minut roboty...

Kategorie: Praca

Moje przygody z głosowaniem na Lordi

21 maja 2006, 05:46:56

Tak, nie będę oryginalny i popełnię kolejną notkę na temat Lordi, która zasili stronę główną joggera. :P

Jeśli jeszcze ktoś nie wie to Finowie postanowili zrobić sobie jaja z Eurowizji w tym roku i na ten discopolowy konkurs wystawili "hardrockowy, quasi-satanistyczny" (tu uśmiech, wiadomo czemu ;) ) zespół Lordi. Jako, że nie jestem zbytnim fanem muzyki granej na Eurowizji i nie śledziłem wydarzeń z nią związanych to o tym fakcie dowiedziałem się dopiero wczoraj ze strony głównej joggera. Poszedłem więc sobie na Google Video oraz na Youtube poszukać czegoś z Lordi i "Hard Rock Hallelujah" w tytule. Znalazłem, obejrzałem, zebrałem koparę z ziemi i stwierdziłem, że w finale mają mój głos za zrobienie sobie beki z Eurowizji. :)

Ok, mają mój głos tyle, że ja od kilku lat jestem szczęśliwym nieposiadaczem telewizora, a wypadałoby go mieć, żeby wiedzieć, o której godzinie, jakiej treści i pod jaki numer wysłać SMS'a popierającego Lordi. Tak więc Houston, mamy problem. No ale nic, od czego jest Internet. Zacząłem szperać po joggerze oraz gadać ze znajomymi i okazało się, że będę mieć z trzech różnych źródeł wsparcie i dadzą mi znać via jabber kiedy i jak głosować. Parę godzin później, Houston, mamy kolejny problem - padł mi net... No to zrezygnowany sobie poszedłem spać. Wtem w środku najgłębszego snu dzwoni telefon, kumpel coś ode mnie chce. Odbieram i wywiązała się nader interesująca rozmowa:

  • "Śpisz, czy co?"
  • "Taaa, net mi padł wieczorem i śpię już."
  • "To nie śpij tylko wysyłaj SMS'y na Lordi!"
  • "Co? Gdzie? Jak?" - trochę mnie już otrzeźwiło. :)
  • "Masz coś do pisania?"
  • "Chwila... Tak, mam."
  • "Numer 72 661, treść 17."
  • "Dzięki wielkie, to narka."
  • "Nara"

Szybko wklepałem co trzeba w telefon i wysłałem w ilości sztuk dwie tam gdzie trzeba po czym zadowolony glebnąłem się dalej spać. A dzisiaj rano wstaję, pierwsze co to jogger do porannej herbatki i co widzę? Lordi wygrali! Hip hip hurrra, udało się. :) Tak trzymać! Należało się to Finom. :)

Dumny też jestem z Polaków, którzy wzięli udział w głosowaniu na Lordi i zapewnili im maksymalną liczbę punktów od naszego kraju. Tym samym pokazaliśmy, że nie trawimy papki tego konkursu, a w szczególności tego, za przeproszeniem, shitu, który ostatnio nasz kraj reprezentuje. Mam nadzieję, że wygrana Finów oraz fakt, że Polacy zagłosowali właśnie na nich da trochę do myślenia tym co decydują kto nas na tym konkursie będzie reprezentować w przyszłości.

A dla zainteresowanych, teledysk Lordi - "Hard Rock Hallelujah" poniżej:

A także ich występ w finale Eurowizji 2006:

Kategorie: Przemyślenia i obserwacje, Rozrywka, Z życia wzięte

Półpasiec

19 maja 2006, 20:08:03

Tak mnie jakoś po weekendzie majowym spędzonym na żaglach osłabiło, że jakieś przeziębienie mnie chwyciło. Początkowo niegroźnie to wyglądało, że nawet do pracy przez półtora tygodnia sobie pochodziłem, nawet pod koniec minionego tygodnia na kurs tańca sobie pochodziłem. W trakcie wyskoczyły mi jakieś dzikie bąble i krosty, które zwaliłem na uczulenie. Jednak kiedy w piątkową noc dostałem gorączki, a rano moja gęba wyglądała jak teren po zmasowanym bombardowaniu to w końcu pognało mnie do lekarza na pogotowie. A tam diagnoza: półpasiec rozsiany.

No nic, z torbą leków wróciłem do domu i rozpocząłem kurowanie się. W poniedziałek jeszcze wizyta u lekarza rodzinnego, żeby zwolnienie dostać (na pogotowiu nie mogli wystawić). Lekarz jak mnie zobaczył to tylko powiedział "o cholera" i wypisał skierowanie do szpitala zakaźnego, gdyż jak sądził zaczęło atakować mi oczy. Na szczęście po wizycie w szpitalu okazało się, że nie jest tak źle. Badania okulisty to potwierdziły. Tak więc spokojnie ze zwolnieniem na przynajmniej 10 dni wróciłem do mieszkania i się leczę.

Tak przy okazji poniedziałkowego latania po lekarzach znalazłem fajną metodę na ominięcie godzinnych kolejek w przychodniach. Metoda nadaje się jednak jedynie do zastosowania przez osoby posiadające młodzieńcze problemy skórne (no i oczywiście ospę, tudzież półpaśca). :) Otóż działa to w taki sposób. Przychodzimy pod gabinet lekarza, pytamy się kto teraz wchodzi. Otrzymujemy odpowiedź a w międzyczasie kolejka się już najeża bo ktoś pewnie próbuje się wepchać. Po czym grzecznie zwracamy się do ogółu słowami: "Bo ja mam taką prośbę, mam zakaźną chorobę (tu robimy wymowny ruch wskazujący na naszą facjatę) i nie chciałbym nikogo tutaj zarażać nią. Czy mogę wejść poza kolejnością?". Dociekliwi próbują dopytać się co to za tajemnicza zakaźna choroba, a my z miną niewiniątka odpowiadamy: "Półpasiec". W tym momencie mamy niebywałą okazję zobaczenia powiększających się oczu naszego rozmówcy i usłyszenia chóralnego wręcz okrzyku obecnych w okolicy osób "A idź Pan w cholerę do tego lekarza od razu! Tylko nie stój Pan przy mnie." Po czym grzecznie i zgodnie z wolą pozostałych mykamy do gabinetu gdy tylko wyjdzie z nich aktualny pacjent. Puszczamy mimo uszu głębokie "uffff" jakie słyszymy podczas zamykania drzwi gabinetu i delektujemy się przyspieszoną wizytą. Pewnym efektem ubocznym jest to, że nasz lekarz przez dwie następne godziny czyli zanim przejdzie cała obecna w chwili zdarzenia kolejka, będzie musiał wysłuchiwać opowieści o tajemniczym pacjencie z półpaścem - o takiej reakcji powiedział mi mój lekarz, gdy trafiłem do niego po raz drugi w ciągu tego samego dnia. Metoda przetestowana w warunkach bojowych 3 razy, za każdym razem na innym komplecie pacjentów. Za każdym razem przeszła pozytywnie testy więc można uznać ją za skuteczną.

Trochę jednak muszę przyznać, że ten mój półpasiec wyszedł mi bardzo nie w porę. Zawalił mi on bowiem cały mój misternie utkany plan na ten tydzień. W poniedziałek przeszła mi prawdopodobnie koło nosa szansa na poprawienie sobie w znaczny sposób sytuacji życiowej, ze środy musiałem odwołać wypad na juwenaliowy Rajd Elektroników do Pucka, z czwartku odwołany został wypad z pewną miłą koleżanką do kina na specjalny pokaz przedpremierowy "dla VIPów" "Kodu da Vinci", dzisiaj i w sobotę przepada mi wyjazd integracyjny do Giżycka z firmą, w której pracuję, a z niedzieli trzeba będzie przesunąć spotkanie ekipy organizującej Urban Playground w Trójmieście. Ehh, nic tylko się pochlastać.

Może chociaż trochę ten czas wykorzystam do zakończenia rozpoczętych projektów i pomysłów, może trochę ponadrabiam zaległości na joggerze, może też trochę porobię dyplom, który to cały czas męczę. Zobaczymy. :)

Kategorie: Z życia wzięte Tagi: , , , ,

Gdzie ta keja...

19 maja 2006, 14:09:27

Jakiś czas temu napisałem notkę wstępną do moich długoweekendowych przygód na Mazurach. Wprawdzie z lekkim opóźnieniem ale pora dokończyć ją w końcu. :)

Dzień pierwszy - sobota

Zaczęło się od porannej pobudki o 5 rano i udaniu się na pociąg do Gdyni po to aby zająć miejsca siedzące, których w Gdańsku już raczej by nie było. Misja zakończyła się sukcesem i cała ósemka moich znajomych siedziała sobie w zajętym przeze mnie przedziale. Podróż pociągiem do Giżycka minęła bez większych przygód i do celu dotarliśmy cali i zdrowi. Na dworcu powoli zaczęła zbierać się cała nasza ekipa, która docierała innymi pociągami tudzież alternatywnymi środkami transportu. Ostatnie zakupy i potem już kto czym tylko może dociera do Bogaczewa gdzie czeka na nas nasza flota. :)

Gdy wszyscy dotarli do Bogaczewa okazało się, że jest nasz sztuk 26. Parę osób nie dotarło - miało nas być 32 osoby. Wobec tego okazało się, że bierzemy "tylko" 4 łódki (tango, sasanka). Konieczne więc były małe przegrupowania w załogach, żeby pomieścić się w tych 4 łódkach. W wyniku tych przegrupowań trafiłem razem z kumplem z pracy do łódki, w której było 6 dziewczyn. Mmmm, niebiańskie proporcje: 2:6. :) Jak się chwilę potem okazało nasza załoga była (teoretycznie) najbardziej wykwalifikowaną, gdyż były na niej 4 dziewczyny z uprawnieniami sternika/żeglarza + kumpel, który teoretycznie ma uprawnienia ale jeszcze nie ma wyrobionych papierów. No, z taką ekipą to weekend powinien minąć miło, przyjemnie i bezpiecznie. Powinien... ale nie uprzedzajmy faktów. :)

Pierwsze co dowiedzieliśmy się, to że żadna z dziewczyn nie pływała jeszcze na tak dużej łódce i przede wszystkim nie pływały na Mazurach co równa się brakowi umiejętności pływania na silniku i stawiania/kładzenia masztu. Ale co tam, wynajmujący nam łódki pan szybko wytłumaczył naszej załodze podstawowe zasady działania silnika i obsługiwania się masztem. Wypływamy. Znaczy się mamy zamiar wypłynąć. :) Przy wyjściu z portu czekają na nas zdradliwe trzciny. Jeden nieuważny ruch sterem i silnikiem i nasza łódeczka ląduje w samym środku wyżej wymienionych. Bosaki, pagaje na pokład i wypychamy się z problemu. Babka, żona wynajemcy, stoi na kładce, załamuje ręce widząc nasze pierwsze poczynania. Nic to, wypłynęliśmy, zaczęliśmy stawiać żagle i jak się okazało nasza główna sterniczka zapomniała, że łódki nie zostawia się bez napędu. Silnik wyłączony, żagle nie postawione, wiwat spychający nas z powrotem do portu wiaterek. Odpływając w końcu widzimy w oddali babkę łapiącą się za głowę, prawdopodobnie z miną oddającą jej przerażenie o całość łódki - dobrze, że ubezpieczona. :) Wypłynęliśmy w końcu na środek jeziorka i zaczęliśmy podróż do Zielonego Gaju.

Prawie u celu podróży okazało się, że silnik i żagle niekoniecznie chcą współpracować ze sobą i skutkiem tego zatoczyliśmy kilka efektownych kółek przed samym wejściem do przystani zanim żagle zostały zdjęte. Wieczorem uczciliśmy nasze pierwsze wodne przygody w tym rejsie przy ognisku śpiewem i napitkami procentowymi i jak na prawdziwych żeglarzy przystało wracaliśmy chwiejąc się lekko na nogach. :)

Dzień drugi - niedziela

Tym razem celem stały się dla nas Mikołajki. Oczywiście, żeby tradycji było zadość, musieliśmy wpakować się w trzciny. :) Ale żeby nie było, tym razem ratowaliśmy inną naszą łódkę, która jako pierwsza wpadła w nie. Tak nam jednak ta akcja ratownicza poszła, że tamci sobie sami poradzili i potem wyciągali nas. :) W trakcie akcji ratowniczej okazało się, że mamy pewne "delikatne" problemy z silnikiem, w którym zablokowała się linka startowa. Wniosek: nie mamy silnika. No nic, jacht, który "ratowaliśmy" zaczął nas holować przez kanały do Mikołajek gdzie moglibyśmy naprawić nasz silnik. W trakcie holowania okazało się, że łódce holującej nas zaczyna brakować paliwa. W obawie o całkowite wyczerpanie się paliwa musieliśmy się odczepić na najbliższym jeziorze i łapać następnego chętnego do holowania przez kanał. Po kilku kółeczkach i przecięciu drogi paru jachtom (bez obaw, wszystko zgodnie z zasadami) znalazła się ekipa do holowania nas. Przebyliśmy ostatni kanał i już jesteśmy w Mikołajkach.

Teraz został tylko ostatni problem pod tytułem jak zacumować do zatłoczonego portu tylko na żaglach przy bardzo mocno odpychającym wietrze. To wyzwanie okazało się ponad siły naszych sterniczek. W trakcie robienia jednego z kółek niewyrobiliśmy się i naszą łódkę zaczęło spychać na przeciwległą plażę. O zgrozo, akurat w miejsce gdzie zaczął budować się pomost czyli w miejsce gdzie są tylko same drewniane paliki, jakieś poprzekładane w poprzek dechy i kupa gwoździ. Szybka akcja ratownicza spowodowała tylko częściowe uszkodzenie łódki - dwie piękne rysy na burcie. Dodatkowo poszło nam kilka pełzaczy od grota więc nasze ożaglowanie też pozostawiało co nieco do życzenia. Od pomostu uratowaliśmy się tylko po to, żeby kilka sekund później mieć kolejną akcję ratowniczą. Okazało się, że z całym impetem dopychającego nas wiatru wpadamy w wierzby oraz kamienistą część plaży. Troszku nam się dno porysowało ale jak się później okazało to łódka nie zaczęła przeciekać więc chyba nie było aż tak źle. Parę osób za to dostało "krzakiem" w twarz, tudzież w inne części ciała. Udało nam się jednak jakoś przepchać łódkę na bezpieczniejszą bo piaszczystą część plaży. No dobrze, ale co teraz? Wypadałoby stąd jakoś wypłynąć tylko jak? W międzyczasie przypłynęła do nas łódka wcześniej przez nas ratowana. Jednak próby wyciągnięcia nas na holu były zbyt dużym zagrożeniem dla tamtych, ponieważ mimo silnika i żagli zaczęło znosić ich więc ewakuowali się na bezpieczną odległość. Musieliśmy sami wyjść z plaży... Do tego celu trzeba było wejść do wody... Do zimnej wody... Do bardzo zimnej wody... Kumpel podjął męską decyzję, że wchodzi i przywiąże nas do nieszczęsnych palików, a potem sami wyciągniemy się na tyle, żeby złapać hol. Kumpel dotarł do połowy "palików" i tam nas przywiązał po czym siny do połowy wrócił na pokład. Zaczęliśmy wyciągać się po linie ale tam dokąd dotarliśmy to było jeszcze za daleko, żeby cokolwiek nasi ratownicy mogli zdziałać, gdyż dalej spychało ich na paliki. Trzeba było dociągnąć się dalej. Tym razem "męską", heroiczną decyzję podjęła koleżanka z Suwałk "co to zimna się nie boi", wskoczyła cała do wody i popłynęła przywiązać nas najdalej jak dało się. Biedaczka wyszła z wody cała czerwona. Zaraz zapakowaliśmy ją pod pokład, w kupę ciuchów i śpiwór - nawet nie pochorowała się nam. My zaś zajęliśmy się dalszym wyciąganiem łódki, tym razem już z sukcesem. Na holu dopłynęliśmy do drugiego brzegu i zacumowaliśmy.

Pierwsze co, to trzeba było sprawdzić co z silnikiem. Jak okazało się w pobliskim sklepie żeglarskim nasz silnik nie popsuł się. To, że nie chciał nam zapalić spowodowane było blokadą przeciwko odpaleniu go na biegu. Taaa, tak to jest jak każdy z załogi silnik widział po raz pierwszy na oczy. :)

Reszta dnia w porównaniu do wodnych przygód spędzona została nader spokojnie, tym razem głównie na obijaniu się po knajpach, koncertach szantowych i dyskotekach.

Dzień trzeci - poniedziałek

Wypoczęci i pełni sił po wczorajszych przygodach ustaliliśmy trasę podróży na Śniardwy, z powrotem Mikołajki i potem dalej tak daleko jak uda nam się. W trakcie drogi na Śniardwy zaczął śmigać porządny wiaterek, ponoć "piąteczka". Gdy dotarliśmy do wejścia na największe polskie jezioro zaczęły się znowu nasze przygody. Po pierwszym poważniejszym podmuchu wiatru... porwał się nam grot w miejscu jego refowania. No to ekstra, będziemy musieli wracać na porwanym żaglu. Nie będziemy musieli. :) Kolejny podmuch wiatru spowodował trzaśnięcie "tylko" 8 sztuk pełzaczy co równało się prawie połowie zrefowanego grota sromotnie łopoczącego na wietrze. No to zwijamy żagiel i mamy tylko foka. Zarąbista perspektywa. Zarządzony zostaje odwrót i wracamy z powrotem do Mikołajek nareperować żagiel.

Powrotna droga do Mikołajek była spokojna, powolna (tak, malutki foczek) i bez większych przygód. :) Za to w Mikołajkach wypadałoby zacumować do portu. Hmm, przy jeszcze bardziej odpychającym wietrze niż wczoraj? Hmm, nasz kochany silniczek nie daje rady dopchnąć nas do brzegu? No to mamy problem. Oooo, deja vu - budujący się pomost pojawił się na drodze. Kolejna akcja ratownicza, kolejne rysy. Znowu kamienie i wierzba, znowu coś o dno zaryło. No i znowu jesteśmy na piaszczystej plaży. Ale spoko, już mamy doświadczenie w wychodzeniu z niej, a poza tym... mamy silnik. :D No to wyskok na ląd i stawiamy łódkę rufą do jeziora. W trakcie stawiania "przywiało" nam kolejnych nieszczęśników do towarzystwa. Przez nich musieliśmy rzucać cumę do wody bo inaczej by nam ją zgarnęli swoim masztem. :) Ale spoko, co dwie załogi do kombinowania to nie jedna i w końcu nasza łódka stanęła tak jak powinna po czym szczęśliwie wypłynęliśmy na jezioro. Hmm, chyba zapomnieliśmy zabrać jakiejś naszej cumy z brzegu. :) Co za problem, kawałek dalej jest pomost to cała nasza bohaterska załoga podjęła decyzję, że wracamy po nią.

Zakręciliśmy pięknie na środku jeziora i... o kurde, mamy problem, nasz silnik jest za słaby i nasza łódka stojąc bokiem do wiatru nie daje się sterować. Zaczyna nas znosić ale tym razem na pomost, do którego chcieliśmy dobić. Jacht zaczyna kręcić sam kółeczka na jeziorze by finalnie odwrócić się rufą i silnikiem do pomostu. W ostatniej chwili wyciągnęliśmy silnik z wody, żeby nim centralnie w pomost nie wyrżnąć. No i tym samym nie mamy żadnego już napędu. Wyrżnęliśmy w pomost, że aż miło, odbiliśmy się od paru łódek. Siłą rozpędu i skutkiem odbicia się wyrzuciło nas z okolic pomostu i kolejny przestrach w oczach - niesie nas na prosto na piękny drewniany hangar wodny stojący na równie pięknych betonowych filarach w wodzie. Przed naszymi oczami pojawiła się wizja roztrzaskanej w strzępy łódki i równie roztraszkanego hangaru. Paniczna akcja ratowicza, w trakcie której okazało się, że mamy 4 dowodzące w sytuacjach krytycznych sterniczki co można domyśleć się, że skutkuje "wspaniałą" wręcz organizacją. Nasza jedyna nadzieja w tym momencie leżała wyłącznie w obijaczach. Niestety, przez rozpęd jakiego łódka nabrała nie udało się trafnie przewidzieć miejsca, którą częścią wyrżniemy. Wyrżnęliśmy prosto w róg hangaru... Na całe nasze szczęście jak to na rogach budynków bywa są rynny. Ta właśnie rynna uratowała naszą łódkę. Miałem szczęście podziwiać z odległości kilkudziesięciu centymetrów jak rynna gnie się pod naporem jachtu i chroni nas od ściany i betonowego filaru.

Chwila ulgi, hangar pokonany ale na horyzoncie mamy... zanurzone w wodzie ogrodzenie, jakieś stalowe rury wystające z wody oraz stojące przy pomoście łódki. Czasu wystarczyło tylko na wyobrażenie sobie dziur w dnie jakie te rurki spowodują. Odbicie się z impetem od nieszczęsnych łódek przycumowanych do pomostu i kilka sekund później zaryliśmy w ogrodzenie. Usłyszeliśmy zgrzyt, skrobanie, trzask i... cisza, nasza łódka stoi w miejscu. W międzyczasie zdążyła się pojawić ludność tubylcza, która powitała nas kurwami i tym podobnym słownictwem. My już skrajnie wyczerpani nerwowo musieliśmy jeszcze odeprzeć nalot drących mordy tubylców. Udało nam się jakoś, zwłaszcza, że ci ostatni postanowili nam pomóc. Zacumowaliśmy i w tym momencie nikt z nas już nie miał ochoty na jakiekolwiek dalsze pływanie. Morale załogi spadło całkowicie i podjęliśmy decyzję, że dzisiaj stąd nie wypływamy. Trzeba było jednak naprawić szkody w naszym ożaglowaniu. Na szczęście w miarę blisko był odpowiedni zakład. Po godzinie wszystko było naprawione, a nasza łódka nie zdradzała oznak przeciekania więc chyba nie jest aż tak źle.

Pora odbudować nasze morale. W tym celu udaliśmy się na drugi brzeg Mikołajek by napełnić nasze żołądki i pozwiedzać sobie okoliczne atrakcje. Do naszego "portu" wróciliśmy szybko, ponieważ podjęta została decyzja, że wypływamy jutro wcześnie rano. Podjęte też zostały w końcu odpowiednie decyzje, kto u nas na pokładzie jest jedynym kapitanem, kto jakie zadania ma na łódce. Jak to się mówi, lepiej późno niż wcale. W międzyczasie mieliśmy też okazję zbratania się z ludnością tubylczą, wysłuchania kilku mrożących krew w żyłach opowieści, a także... podziwiania z bezpiecznego miejsca jak to kilka innych łódek w ciągu wieczora wpadło na dokładnie te same paliki, wierzby, kamienie, które my już dwukrotnie zaliczyliśmy. Zawsze to jakaś pociecha, że nie tylko my mamy takie przygody. :)

Dzień czwarty - wtorek

Pobudka wcześnie rano bo o 6 z minutami, cicha woda, prawie w ogóle wiatru, za to siąpiący z nieba deszcz. Wypływamy bez śniadania, żeby nie popsuły się nam warunki. Pierwszy warkot silnika rozniósł się po okolicznych wodach. Wypłynęliśmy na jezioro. Cel: dogonić naszą ekipę, która jest już w połowie drogi do Giżycka. Kilka godzin płynięcia na silniku (żagli nie było sensu rozwijać jeśli chcieliśmy ich dogonić), spokojne śniadanie na wodzie, podziwianie wędkarzy, krajobrazów i całych uśpionych Mazur. Czasowo wyrobiliśmy się tak, że przez 4 godziny nadrobiliśmy stracony dystans i dopłynęliśmy do naszej ekipy praktycznie w momencie kiedy zbierali się do wypłynięcia. No to jesteśmy razem. :) Morale załogi wróciło do normy. Pełni werwy i zapału zaczęliśmy płynąć dalej na Giżycko.

Po naszych wcześniejszych przygodach niewiele rzeczy robiło już na nas wrażenie. Zarycie w płytki brzeg kanału sterem tak, że ponoć mieliśmy niezłe szczęście, że nie złamał się - luuuzik. Niekontrolowany zwrot przez rufę wskutek nagłego zwrotu wiatru powodujący caaaałkiem emocjonujący przechył naszej łódeczki i na dokładkę przelatujący bez kontroli bom, którego centymetry dzieliły od zafundowania nam "człowieka za burtą" - luuuzik. Zarycie w mieliznę głębokości 0.3 metra na jeziorze Niegocin, ponieważ nasza sterniczka nie spodziewała się "czegoś takiego na środku jeziora", oczywiście nikt nie zajrzał nawet na mapę - luuuzik. Po poprzednich naszych przygodach nasz "Ognik" (tak nazywał się nasz jacht) stał się wśród całej naszej ekipy legendą. Co chwilę tylko ktoś do nas dzwonił i upewniał się czy jeszcze żyjemy. I zupełnie nikt z nas nie rozumiał dlaczego wszystkim włosy dęba stawały jak im na bieżąco relacjonowaliśmy o zwrocie, mieliźnie, sterze - przecież to pryszcz. :)

Tak więc nasza załoga spokojnie dopłynęła do Giżycka, gdzie sobie zjedliśmy porządny obiad i dalej popłynęliśmy zacumować na wieczór w Wilkasach. Tam zaś zrealizowane zostało w końcu spotkanie grzańcowe, które odwlekło się o dwa dni z powodu naszych przygód. Zdecydowana większość całego naszego rejsu postanowiła dokończyć rozpoczęte przez nas dzieło rujnowania łódki. Mieliśmy bowiem niebywałą okazję przekonać się ile osób jest w stanie zmieścić się w jednym jachcie. Dużo, na tyle dużo, że w pewnym momencie zaczęliśmy w przypływie radości spowodowanej grzańcem zastanawiać się czy aby czasem zaraz nie zatoniemy. :) Nasz jacht na szczęście przeżył całą imprezę. Utulony do snu parującym alkoholem i śpiewami spokojnie usnął bezpiecznie w przystani...

Dzień piąty - środa

Znowu kolejna wczesnoranna pobudka, tylko po to aby na czas oddać łódki i zdążyć na pociąg do Gdańska. Tym razem przynajmniej nie tylko my nie wyspaliśmy się. Powrót do Bogaczewa, nic specjalnego, ot tylko zwykłe spokojne żeglowanie, zero atrakcji. :) W trakcie jednej z pogawędek jedna osoba z naszej ekipy stwierdziła, że do kompletu wrażeń brakuje nam tylko zwrotu przez top. Niestety, nie udało się naszej załodze czegoś takiego zrobić i byliśmy niezmiernie tym faktem niepocieszeni.

Większego stresa mieliśmy przed zdaniem naszej łódki, wszyscy wiedzieli jakie nasze przygody przeżyliśmy, wszyscy wiedzieli co tej łódce się stało i już liczyliśmy się po cichu z tym, że kaucji to my nie zobaczymy na oczy. Zobaczyliśmy - właściciele niczego nie zauważyli. :) Zresztą jak okazało się, nie byliśmy najzdolniejszymi przypadkami. Właściciele w tym czasie byli "z deczka" wkurzeni na, jak to określili ładnie, "pewnych mieszkańców z dużego miasta na literę W z centrum Polski", którzy na wypożyczonej od nich łódce... złamali maszt.

Teraz już tylko zostało nam spokojnie wrócić do domu by podzielić się ze wszystkimi naszymi "morskimi opowieściami".

Podsumowanie

Podsumowując, mimo tych wszystkich przygód, a właściwie lepszym określeniem byłoby, że dzięki tym wszystkim przygodom mogę śmiało zaliczyć wypad na Mazury do bardzo udanych. Nie żałuję, że miałem okazję przekonać się o ekstremalności żeglarstwa. A ci co byli na pozostałych trzech łódkach niech żałują, że mieli taki nudny rejs - ja na pewno nie zamieniłbym się z nimi.

A na koniec, powtórzę raz jeszcze nową wersję szanty "Gdzie ta keja...", którą to ułożyłem po naszym rejsie. Myślę, że tym razem wiadomo już do czego ona nawiązuje. :)

Gdzie ta rynna, a przy niej ten jacht
Gdzie ta trzcina wymarzona w snach
Gdzie te sznurki od podartych szmat
Gdzie ta miela na szeroki świat

Ahoj!

Kategorie: Z życia wzięte

Kategorie wpisów w końcu i u mnie

19 maja 2006, 10:27:26

Dokładnie! Jogger2 wyszedł tak dawno, że nawet najstarsi górale tego nie pamiętają, a ja do tej pory nie skorzystałem z nowego "ficzera" jakim są kategorie. A bo to wpisów za dużo do przesegregowania (sztuk 172 dokładnie), a bo to trzeba wymyślić nazwy kategorii, a bo czasu nie ma, a bo to, a bo tamto. W końcu jednak korzystając z uroków wolnego czasu sprezentowanego mi przez choróbsko usiadłem i podzieliłem wszystkie wpisy na kategorie.

Tak jak się tego spodziewałem, najtrudniejszą częścią okazało się wymyślenie nazw kategorii. Zacząłem więc przeglądać wszystkie wpisy po kolei i wymyślać tagi, do których by pasowały. Po ich przejrzeniu okazało się, że wymyśliłem aż 31 kategorii. Trochę sporo tego wyszło, a i tak połowa wpisów była niekoniecznie tam gdzie trzeba, gdyż co chwilę tworzyłem nowe kategorie, do których pasowałyby wpisy przejrzane wcześniej. Jak się okazało część różnych kategorii można było scalić w pojedyncze, część zaś była w ogóle niepotrzebna. No to całą robotę z przejrzeniem wpisów resetujemy wszystko ląduje w kategorii "Ogólne". Potem znowu porządek w nazwach kategorii i na nowo każdy wpis wyedytować tak aby przypisać go do odpowiedniej kategorii.

Nie powiem, trochę czasu i klikania mi to zajęło ale było to warte uzyskanego efektu. W końcu na moim joggerze jest jako taki porządek. :)

Kategorie: Blogowisko

Gdzie ta...

03 maja 2006, 21:30:32

Gdzie ta rynna, a przy niej ten jacht
Gdzie ta trzcina wymarzona w snach
Gdzie te sznurki od podartych szmat
Gdzie ta miela na szeroki świat

I parę jeszcze innych wersji znanych szant można ułożyć po moim długoweekendowym rejsie po Mazurach i wszystkich przygodach jakie spotkały naszą załogę. Właśnie z powodu tych przygód z pewnością będzie to jeden z bardziej niezapomnianych urlopów. I mimo, że każdego wieczoru znajomi z pozostałych jachtów zastanawiali się czy przeżyliśmy to wypad mimo jego niestandardowego przebiegu, pełni wrażeń, tony siniaków, itp. uznaję za bardzo udany. Więcej "mazurskich opowieści" być może zamieszczę w ciągu kilku najbliższych dni. Teraz nie mam na to sił. Teraz mam tylko siły na odespanie zaległości z tych 5 dni w bujającym się mieszkaniu po bujającym się prysznicu i na bujającym się łóżku. :)

I niech mi ktoś powie, że żeglarstwo nie jest sportem ekstremalnym. :)

Kategorie: Z życia wzięte