Dopadnięty

03 marca 2007, 20:05:29

Zakurzał się powoli mój jogger, zakurzał, aż dopadła mnie Cachotterie i kazała poodkurzać :). Tak więc chciał, nie chciał, przegnałem swojego kota po joggerze, co by z grubsza go ogarnął. Resztki zaś kurzu z kątów sam już powygarniam, opowiadając przy okazji 5 (miejmy nadzieję) nieznanych faktów mnie dotyczących i typując 5 osób, do "podania dalej".

  1. W podstawówce razem z paczką kumpli przeżywaliśmy fascynację komiksami. Czytaliśmy wszystko co było dostępne w tym temacie w szkolnej bibliotece. Bywały sytuacje, że pani bibliotekarka nie chciała nam wierzyć, że można mieć przeczytane coś co pożyczyło się 3 przerwy wcześniej i nas przepytywała czy na pewno znamy treść. Nigdy nie wpadliśmy :). Niestety, po pewnym czasie przeczytaliśmy wszystkie dostępne komiksy i ktoś z nas wpadł na pomysł, że będziemy sami je rysować. I tak to poszły w ruch zeszyty z poprzednich lat, gdzie w niezapisanych częściach stron pojawiały się kratki z naszymi bohaterami. Najlepsze pod tym względem były zeszyty z matematyki, gdyż zawsze w nich było dużo miejsca. Najbardziej bezużyteczne były zeszyty z języka polskiego. Zeszytowymi komiksami potem wymienialiśmy się między sobą. Po etapie rysowania komiksów przerzuciliśmy się na rysowanie karykatur. Najpierw zaczęło się od luźnych kartek, które potem spięliśmy w I tom "Karykatur". Następne tomy powstawały już w zakupionych za składkowe pieniądze zeszytach, w których każdy miał przeznaczone dla siebie strony. Kiedyś nawet całkiem nam odbiło i ocenzurowany (najbardziej nie teges kartki wypięliśmy wcześniej) I tom pokazaliśmy naszej wychowawczyni z propozycją włączenia naszego dzieła do zestawu lektur naszej klasy. Trzeba przyznać, że minę miała fajną jak to oglądała i zupełnie nie rozumieliśmy dlaczego nas nie doceniła i nie przystała na naszą propozycję. Tomów powstało w sumie chyba z 5, z czego 2 wrzuciliśmy komisyjnie po zakończeniu podstawówki za szafę w naszej klasie. Ciekawe czy ktoś już je odkrył i co z nimi się stało. Jeden z tomów leży zaś do tej pory jako pamiątka gdzieś u mnie na półce. Komiksy niestety, nie ostały mi się żadne

  2. Pomiędzy kolejnymi etapami mojej edukacji przechodziłem bezstresowo. Nie dane mi było do tej pory poznać czym są egzaminy wstępne. Z podstawówki do ogólniaka udało mi się przejść na podstawie papierka z Olimpiady Chemicznej zaświadczającego, że dotarłem i nawet zająłem jakieś tam miejsce na stopniu ogólnopolskim. Oczywiście zgodnie z zainteresowaniami z podstawówki wybrałem się na kierunek... matematyczno-fizyczny. Mój nauczyciel z chemii był bardzo niepocieszony, podobnie jak nauczycielka z chemii z ogólniaka, która też nie mogła przeżałować, że nie jestem na bio-chem. Z ogólniaka na studia poszło już trochę mniej przebojowo bo tylko na podstawie konkursu świadectw, ale i tak nawet ten konkurs mnie jakoś nie stresował zbytnio.

  3. Niby nie boję się żadnych owadów, ale od dzieciństwa mam zawsze przerażające koszmary pojawiające się tylko wtedy gdy mam wysoką gorączkę. Ich bohaterem są mrówki, a właściwie jedna mrówka. Zaczyna się najpierw od mrowiących, a potem sztywnych rąk. Potem na suficie pojawia się wieeeeelka kula, a za nią mrówka, która toczy tę kulę na mnie, i toczy, i toczy, i toczy, i tak aż mi gorączka minie. Niby nic wielkiego, ale dla mnie w takich sytuacjach to koszmar nad koszmary :).

  4. W słoneczne dni oglądam świat przez szlaczki i ciapki. Otóż z jakieś trzy lata temu wskutek jakiegoś zlekceważonego choróbska dorobiłem się blizny na siatkówce i od tej pory jeśli wyjdę na mocne słońce, śnieg czy popatrzę na zbyt jasny monitor, to blizna ta powoduje powstanie w polu widzenia półprzezroczystej nitki. Na początku mi to przeszkadzało, teraz już zdążyłem przyzwyczaić się do tego. Zwłaszcza, że jestem człowiekiem, który najchętniej siedziałbym w zaciemnionym całkowicie pokoju (ah, te koce na oknie w akademiku :) )

  5. Było już o koszmarach, to teraz o snach. Ciekawostką jest to, że nie mam, a właściwie należałoby powiedzieć, nie pamiętam prawie w ogóle swoich snów. Choćbym nie wiem jak starał się przypomnieć co mi się śniło, to zazwyczaj nie udaje mi się. Tak średnio, to może raz na miesiąc coś mi się zapamięta. Z tych co uda mi się zapamiętać, to większość jest w trybie czarno-białym, nieliczne są w kolorze. Za to wszystkie są zawsze tak pokręcone, tak nierealne, że czasami jak obudzę się to sam z nich śmieję się jakie były głupie.

No, a teraz ta najfajniejsza część zabawy, czyli wrabianie następnych 5 skazańców ]:->. Ofiarami zostają (w kolejności alfabetycznej): meer, PawelS, pirveli, rasheed oraz Riddle.

Kategorie: Osobiste, Z życia wzięte

Fatal error: love

08 sierpnia 2006, 17:26:47

I znów wyskoczył mi w życiu prywatnym fatal error. Dobrze, że tym razem nie zdążyłem się tak mocno zaangażować. Może szybciej mi przejdzie. A może jeszcze parę takich prób i całkowicie zmienię swoje podejście, stanę się swoim przeciwieństwem - skurwielem, który będzie pomiatał kobietami? Bo jak tu szanować kogoś komu wydawałoby się, że zależało na mnie i kto nagle zaczyna wyczyniać niewytłumaczalne rzeczy? Kogoś kto bez słowa zaczyna unikać kontaktu ze mną, wymigując się od niego będąc jednocześnie cały czas w tym samym mieście. Kogoś kto przy próbie kontaktu z mojej strony i wywiedzenie się co się dzieje udaje, że wszystko jest w porządku, potem zaczyna okłamywać mnie, a potem bez słowa pożegnania wyjeżdża do Anglii. Kogoś kto nie ma nawet odwagi samemu powiedzieć mi prosto w oczy, że skończone i zostawia to tylko moim domysłom? I nawet nie znam przyczyny takiego zachowania, mogę się tylko znowu domyślać. Tyle, że problem w tym, że jak ktoś każe mi domyślać się czegokolwiek to ja dziękuję ale postoję.

Kategorie: Osobiste

Pierdoleni piraci drogowi

29 lipca 2006, 13:59:28

Z góry przepraszam wszystkich za wulgaryzmy w tej notce ale inaczej nie umiem.

Wczoraj sobie spokojnie siedzę rano i jem śniadanie gdy zadzwonił do mnie telefon. Wiadomość zmroziła mnie w miejscu. Moja mama trafiła do szpitala po wypadku samochodowym. Niewiele się zastanawiając (bo i nad czym tu się zastanawiać) zadzwoniłem do szefowej i zwolniłem się z pracy, w pociąg i do Malborka dowiedzieć się co i jak.

Około 4 rano moja mama wyjechała samochodem, maluchem, na rynek. Kilkaset metrów od domu kierowca ciężarówki postanowił sobie powyprzedzać pod górkę, na zakręcie i na ciągłej z obu stron linii. W trakcie wyprzedzania nagle (dziwne, co nie?) zauważył, że ktoś jedzie z naprzeciwka. Aby uratować się wykonał nagły skręt, zepchnął malucha i wbił go w drzewo. I teraz "najciekawszy" fragment: zarówno kierowca ciężarówki jak i kierowca samochodu jadącego z naprzeciwka wspaniałomyślnie zwiali sobie z miejsca wypadku. Nosz kurwa, jakbym dorwał tych kutasów to normalnie powiesiłbym ich za jaja. Pierdoleni piraci drogowi.

Dalszego ciągu wydarzeń można się tylko domyślać bo moja mama straciła przytomność od uderzenia i odzyskała ją dopiero w szpitalu (co chwilę ją jednak tracąc tam). Prawdopodobnie po jakichś kilkunastu minutach pojawił się w okolicy jakiś ktoś, kto zatrzymał się zobaczyć co się stało. Wyciągnął mamę z zawiniętego o drzewo samochodu i zadzwonił po pogotowie i policję. Do szpitala mama trafiła po jakiejś godzinie z hakiem od wypadku...

Na miejscu zdiagnozowano silny wstrząs mózgu, założono kupę szwów i wysłano na badania. Na szczęście z dotychczasowych wyników wychodzi, że chyba niczego gorszego nie będzie. Badań jednak nie koniec, mam nadzieję jednak, że nic gorszego nie wyjdzie już.

A i tak w całym wypadku można mówić o bardzo dużym szczęściu, że maluch walnął w drzewo stroną od pasażera, a nie od kierowcy i że był w dobrym stanie dzięki czemu powgniatał się nie na całości tylko w miejscu uderzenia. Gdyby ktoś siedział po stronie pasażera to patrząc na stan samochodu niewielkie dałbym szanse na wyjście żywym temu pasażerowi...

Ehh, czeka mnie długi weekend na szpilkach...

Kategorie: Narzekadła, Osobiste, Z życia wzięte

Światowy Dzień Kota

17 lutego 2006, 21:40:20

Jeśli ktoś jeszcze nie wie to dzień 17 lutego jest znany jako Światowy Dzień Kota. Do napisania tej notki sprowokował mnie jednak wpis u infro, a konkretnie zawarty w nim cytat.

Jakiś czas temu przygarnąłem pod swój dach kotkę Agatkę, bidulkę rodem z warszawskiego bazaru, wychudzoną, bitą przez złych ludzi a co za tym idzie niesamowicie wystraszoną. Agatka miała jednak szczęście, że trafiła na ludzi, którzy nie przeszli obojętnie obok niej. Trafiła do "kociego domu" razem z jej małymi kociakami. Tam otrzymała podstawową opiekę i rozpoczęło się wielkie poszukiwanie przyszłego domu dla całej rodzinki. Kociaki bardzo szybko znalazły swoich ludzi, Agatki jednak nikt nie chciał. Przeniesiona została z jednego "kociego domu" do drugiego, z Warszawy do Gdańska. Tutaj rozpoczęła się jeszcze szersza akcja poszukiwania dla niej domu. To dzięki tej akcji i przede wszystkim dzięki osobom, które ją prowadziły Agatka trafiła w końcu do mnie. Tyle, że Agatka nie zachowywała się jak typowy kot wychowany od początku swojego życia w domowych warunkach. To był wiecznie fuczący kłębek sierści, który dopiero miał się nauczyć zaufania do człowieka. Z perspektywy tych kilku miesięcy mogę powiedzieć, że jest doprawdy coś fascynującego w oglądaniu przemiany takiego kota. Pierwsze wyjście z ciemnego kąta w mieszkaniu. Pierwsze dotknięcie jej futra niezakończone podrapaniem ręki. Pierwsza chrupka suchej karmy zjedzona z ręki. Pierwsze mruczenie podczas głaskania. Pierwsze otarcie się o moje nogi. Pierwsze czekanie pod drzwiami aż wrócę z pracy. Pierwsza ucieczka przestraszonego czymś w mieszkaniu kota w moje ręce zamiast w kąt. Pierwsze przyjście na noc do łóżka zamiast na parapet. Pierwsze "baranki" kota zaczepiającego mnie do zabawy. Pierwsze wtulenie głowy w mój płaszcz zamiast dzikiej ucieczki ze stołu u weterynarza. Każde z tych pierwszych wydarzeń było dla mnie swego rodzaju świętem, gdyż za każdym razem widziałem to rosnące zaufanie do mnie. A teraz? Teraz mam kotkę, która prawie, że nie odstępuje mnie na krok, która nawet bez głaskania przychodzi do mnie się przytulić i pomruczeć, która robi się smutna jeśli dłużej nie ma mnie w domu. Po prostu bez siebie nawzajem byłoby nam chyba jakoś pusto. A wszystkim co twierdzą, że kot "emocje zostawia frajerom" i "podchodzi do tego wszystkiego beznamiętnie" powiem tylko jedno: widocznie nigdy nie mieliście kota, który miał za co być Wam wdzięczny.

Kategorie: Osobiste, Przemyślenia i obserwacje, Z życia wzięte

1w9

30 grudnia 2005, 20:07:14

Przeglądając dzisiaj archiwalne wpisy na joggerze Riddle'a zauważyłem notkę o Enneagramie. Z reguły rzadko robię sobie tego typu testy ale tym razem coś mnie skusiło, żeby ten akurat rozwiązać. Rezultat? 1w9 czyli Idealista. Po przeczytaniu stwierdziłem, że spora część opisu pasuje do mnie, z pewnymi fragmentami jednak się nie zgodzę. Co uznaję za prawdę, a z czym się nie zgadzam to już zostanie moją tajemnicą :) Kto mnie zna dobrze ten pewnie i tak się domyśli :)

Kategorie: Osobiste

Odadminowanie się

12 grudnia 2005, 00:04:57

Ufff, po półtora roku adminowania forum pewnej gry nadszedł czas zrezygnowania z przywilejów i odpoczynku od codziennych obowiązków. Powodem rezygnacji były opisywane niedawno wielkie zmiany w moim najbliższym życiu. Nawet nie spodziewałem się, że tyle czasu zajmie mi załatwianie wszystkich spraw związanych z tym forum. Dwa dni spędzone praktycznie w całości na organizowaniu zastępstw, uczeniu nowych władz co i jak, przekazywaniu najważniejszych informacji zarówno technicznych jak i nietechnicznych. Dopiero teraz sobie zdałem jak wiele czasu marnowałem na tym forum i jak wiele go teraz odzyskam. Głębsza chwila refleksji nastąpiła kiedy sobie uświadomiłem ile różnych osób otrzymało nowe uprawnienia aby było wykonywane dalej to co ja sam robiłem. Tą liczbą jest... 6. 6 osób w zamian za jedną osobę - 1 nowy administrator, 3 nowych moderatorów, 1 Przewodniczący założonego przeze mnie klanu, 1 Kronikarz prowadzący Księgę Rekordów. A co jest z tego wszystkiego "najlepsze"? To, że nawet nie usłyłszałem jednego słowa dziękuję. Za to mam wrażenie, że usłyszałem huk otwieranego szampana za mną. Niestety, na forum zagościła banda piesków, która jak to pieski mają w zwyczaju szczekają na wszystko co się tylko da byle tylko było o nich głośno i które starają się poczuć cholernie ważne "umilając" na wszelkie sposoby życie komuś kto na dobrą sprawę zaprosił ich na swoje własne podwórko. Naprawdę zadziwiające jest jak niektórzy widzą tylko i wyłącznie czubek własnego nosa. Mimo, iż wiele nerwów straciłem na tym forum to jednak czegoś się nauczyłem, czegoś o życiu. Tylko nie wiem czy cena rzeczy poświeconych była tego warta. I mimo, że odejście z forum było w sumie wymuszone czynnikami zewnętrznymi to tak właśnie stwierdzam, że odchodzę praktycznie bez żalu. Tak nawiasem to na myśl przychodzi mi teraz trafne porównanie z niedawnymi wydarzeniami na joggerze i z tymczasową rezygnacją sparrowa z rozwijaniu projektu. Mogę po cichu przyznać, że cholernie dobrze rozumiem sparrowa dlaczego odciął się od wszystkiego z powodu tych właśnie "piesków zawsze znajdujących powód do szczekania". Wracając zaś do tematu to jedyne co mi było szkoda opuszczać to założony przeze mnie klan niETIkalni - tam naprawdę zebrała się grupka 10 osób o trzeźwym podejściu do świata i rozsądnej głowie. Takich ludzi cenię i to bardzo wysoko, z ich zdaniem zawsze się liczyłem i liczyć się będę. Na forum ogłosiłem, że znikam na pół roku, jednak... mam dziwne wrażenie, że nie będzie mi sie chciało tam wracać. Może to i dobrze? Tymczasem idę spać nie jako admin lecz jako spokojny user. Dobranoc.

Kategorie: Internet, Narzekadła, Osobiste, Przemyślenia i obserwacje, Z życia wzięte

Nowa kobieta w moim życiu

06 listopada 2005, 15:10:07
Dzień to był zwykły, wydawałoby się, że niczym nie wyróżniający się od innych. A jednak, wtedy po raz pierwszy usłyszałem o niej. Mieszkała w Warszawie, jednak niedawno przeprowadziła się do Gdańska. Poznaliśmy się dzięki mojej koleżance z pracy. Ona to bowiem zaaranżowała nasze spotkanie. Nie mogłem się doczekać dzisiejszego dnia. Wczoraj posprzątałem całe mieszkanie, przygotowałem wszystko na jej przybycie, nawet jej ulubiony obiad. Dzisiaj wstałem zanim budzik zadzwonił, wykąpałem się, zjadłem śniadanie i pognałem na spotkanie. Chwila gdy ją zobaczyłem zdecydowała za mnie - chcę, żeby była ze mną. Na zawsze. Ona też tego chciała. Po krótkiej rozmowie pojechaliśmy do mojego mieszkania. Weszła nieśmiało do mojego pokoju i od razu znalazła sobie przytulny kącik, w którym się usadowiła. Poczęstowałem ją świeżo przygotowanym jedzeniem i napitkiem. Porozmawiałem trochę z nią. Teraz poszła spać. Leży zwinięta w kłębek i od czasu do czasu spogląda na mnie. Moja nowa kobieta w moim życiu. Kotka Agatka.

Kategorie: Grafomania, Osobiste, Z życia wzięte

Odszedł...

17 sierpnia 2005, 00:32:00
Kolejny Wielki człowiek odszedł z tego świata... Brat Roger, założyciel Wspólnoty Taize został dzisiaj zasztyletowany... I to jeszcze w dniu kiedy rozpoczęły się Światowe Dni Młodzieży w Kolonii...

Pozostało tylko mieć nadzieję, że dobro, które zasiał na ziemi nie zginie. Mimo wszystko cieszę się, że dane mi było poznać na żywo tego człowieka, brać udział w Europejskich Spotkaniach Młodzieży i przeżyć te piękne chwile ze Wspólnotą.

Tych, którzy chcą poznać historię Brata Roger oraz Wspólnoty zapraszam do lektury obszernego artykułu na zaprzyjaźnionej Polskiej Nieoficjalnej Stronie Wspólnoty Taize.

Kategorie: Osobiste, Przemyślenia i obserwacje

In memoriam: Monika Suchocka (1982 - 2005)

20 lipca 2005, 12:40:30

Czwartek, jeden z tych dni, kiedy przez nienawiść ludzką odchodzą ze świata niewinni ludzie. Dzień, w którym Monika znalazła się w nieodpowiednim miejscu, w nieodpowiednim czasie. Dzień, w którym jeden wybuch położył kres pięknemu życiu. Dzień, w którym tragedia w Londynie stała się tragedią w Dąbrówce Malborskiej - małej, rolniczej wiosce na północy Polski. Rodzina, najbliżsi, krewni, znajomi, sąsiedzi - wszyscy zamarli w oczekiwaniu i nadziei na wieści z Londynu, gdzie trwały poszukiwania zaginionej. Z każdym kolejnym dniem poszukiwań nadzieja gasła by w końcu uderzyć bolesną wieścią o zidentyfikowaniu Moniki, jednej z ofiar zamachu w londyńskim metrze. O ostatnich chwilach Moniki i jej poszukiwaniach można przeczytać w praktycznie każdym serwisie informacyjnym. A jaka była Monika, o której nie można nigdzie przeczytać?

Moja znajomość z Moniką rozpoczęła się wraz z rozpoczęciem edukacji w szkole podstawowej. Była, podobnie jak ja, tą młodszą o rok w klasie, co nie przeszkodziło jej się dobrze w niej zaaklimatyzować. Od początku była wybitnie uzdolnioną dziewczyną zarówno w kierunku ścisłym jak i humanistycznym, zawsze stawianą jako wzór dla innych. Nie przeszkadzało jej to jednak w tym by być otwartą na świat i na innych ludzi osobą. Nie potrafiła odmówić pomocy zarówno rówieśnikom, jak i starszym osobom i robiła to zawsze z uśmiechem na ustach. Właśnie ten nieschodzący nigdy z twarzy uśmiech i miły głos pozostaną na zawsze w mojej pamięci. Podobnie jak też i inne obrazy z nią, które zatrzymały się w mojej pamięci. Monika grająca po lekcjach w klasie muzyki na pianinie, gdzie w oczekiwaniu na autobus szkolny przychodziło się by jej posłuchać. Monika sprzedająca z przyjaciółkami słodycze w szkolnym sklepiku. Monika biegnąca z uśmiechem i kwiatkiem w ręku po świadectwo. Monika ciesząca się z narodzin młodszego brata. Monika odbierająca ze łzami wzruszenia dyplom ukończenia szkoły. Monika służąca jako ministrantka w kościele. Monika tańcząca poloneza. Radość Moniki z dostania się na wymarzone studia. Monika śpiewająca w szkolnym chórze "Semper Cantantes" i, co nie było mi już dane zobaczyć na żywo, w Chórze Kameralnym Uniwersytetu im. Adama Mickiewicza w Poznaniu. Tak samo jak w pamięci zostanie mi każdy zwykły dzień kiedy ta niesamowita dziewczyna parła z uporem ku wyznaczonym sobie celom i marzeniom. Marzenia te zaniosły ją do liceum w Malborku, dalej do Poznania na studia i dalej na staż do Anglii, po odbyciu którego miała wrócić w niedługim czasie do kraju i do swojej rodziny by pędzić spokojne życie.

Moniko, chcę Cię zapamiętać taką, jaką jesteś na tym zdjęciu. Wiecznie uśmiechniętą i siejącą radość wokół siebie.

Monika Suchocka
Monika Suchocka

Urodzona 25 kwietnia 1982 w Sztumie - zginęła 7 lipca 2005 w zamachu terrorystycznym, w pociągu metra jądącym między stacjami King's Cross i Russell Square w Londynie.

Spoczywaj w pokoju.

Kategorie: Osobiste, Z życia wzięte

2 w 1

30 stycznia 2005, 11:51:46

KRONIKARZ

Jest sobie w świecie Blehny taka postać jak Kronikarz. Stworzył on Księgę Rekordów tejże gry i czasu swego stał się najbardziej poważanym Mówcą Blehny. I to mu się rzeczywiście należało. Mieszka on i pracuje aktualnie w Anglii. Ostatnio jednak z okazji poświątecznego urlopu zawitał do Polski, po której odbył swoiste tournee. Kilka dni temu otrzymałem od niego niespodziewaną wiadomość, iż praktycznie ostatnim jego przystankiem w podróży będzie... Trójmiasto. Jak się okazało jego postanowieniem, które powziął na długo przed urlopem było odwiedzić mnie co by "odebrać swojego Złotego Taunta" (oczywiście z przymrużeniem oka) i napić się ze swoim ulubionym wrogim klanem złocistego napoju (tu już bez przymrugiwania). Nie trzeba mówić jak wielkim zaskoczeniem to było dla mnie. Szybko powziąłem odpowiednie środki, żeby ściągnąć jak największą ilość lokalnych maniaków Blehny. Poszły zaproszenia do mojego klanu jak też i do innych. Niestety, tylko nasz klan dopisał i pojawił się w 5-osobowym składzie (Olemka, pedro, Dirinthal, MAXymilian i ja). Po krótkiej chwili spędzonej w moim pokoju zrobiliśmy nalot na "Rugbusia" i złoty nektar bogów polał się do pucharów. ANNIHILATOR, bo pod takim imieniem znamy Kronikarza, okazał się tzw. duszą towarzystwa i zupełnie inne wrażenie sprawiał niż stateczna, rozważna osoba jaką znałem z forum - oczywiście wcale się tym nie zmartwiłem :) Wieczór minął aż za szybko i za płynnie (taaa, ten wczorajszy mój kacyk :]) a jego hitem na pewno pozostanie zrobiona wspólnymi siłami "Jajecznica by Draakhan" (będą jej zdjęcia niedługo): podsmażona cebulka, podsmażony boczek, podsmażona kiełbaska, czosnek, pomidory, fasolka czerwona, kukurydza, groszek, ogórek kiszony, chleb pokrojony w kostkę, oregano, chili, estragon, zioła prowansalskie, pieprz, sól i kupa jajek :D Jak już było gotowe (Patelniowy MAXymilian stwierdził, że pierwszy raz mieszał jajecznicę, która nie mieściła się w patelni) to jako, że studenci talerzy za dużo nie posiadają to zrobiliśmy kółeczko na łóżku wokół patelni i staropolskim zwyczajem szamaliśmy jajecznicę bijąc sie łyżkami, widelcami czy co kto tam miał pod ręką. Oczywiście jak to dobrze, że melina jest dwa pokoje dalej :) Impreza niestety koło drugiej zakończyć się musiała z racji, że Kronikarz o 9 rano z Trójmiasta musiał wyjechać na samolot do Berlina. Miłe wspomnienia pozostały :)

WOLNOŚĆ SŁOWA

Zawsze mi się zdawało, że w moim kraju panuje wolność słowa ale też zawsze myślałem, że istnieje wolność czytania publikacji ogólnodostępnych praktycznie dla każdego internauty. Wczoraj niestety okazało się, że tak nie jest. Otóż Osoba1 jest u nas uprawniona do tego, żeby mieć pretensje do Osoby2, która pokazała Osobie3 swoją publikację. Ponadto zupełnie zgodne z wszelkimi panującymi zwyczajami jest posiadanie pretensji przez Osobę1 do Osoby2, że zamieściła linka do publikacji Osoby3 skutkiem czego wiedziona ciekawością Osoba2 klikając na tego linka jest oburzona, że trafiła na publikacje Osoby3 (czego oczywiście sobie nie życzyła) a nie na publikacje George'a Busha. Jak to leciało? "Ludzie. Ludzie są funny."

Pozdrawiam, Wasz Już-Zdrowy i Funnujący

Kategorie: Narzekadła, Osobiste, Rozrywka, Z życia wzięte