Z kamerą wśród ludzi

Wybraliśmy się dzisiaj w ramach niedzielnego spaceru do oliwskiego zoo. Oprócz mile spędzonego popołudnia mieliśmy też okazję poobserwować pełen zestaw ludzkich zachowań.

Miejsce III

Miejsce akcji: barierka przy ogrodzeniu wybiegu geparda. Mamusia z dzieckiem z nadzieją do zwierzęcia:
- Kici, kici koteczku, chodź tutaj.

Miejsce II

Miejsce akcji: "wybieg" żółwi. Tłumek ludzi oglądających zwierzaki, w pewnym momencie podchodzi abeesik ze swoją panienką. Gapi się kilka sekund na żółwie po czym stwierdza:
- Eee, chodź, jakieś takie niemrawe są.

(No tak, powinny biegać, skakać i klaskać nóżkami)

Miejsce I

Miejsce akcji: ptaszarnia, klimat tropikalny. Blondynka ala różowa torebka z przekonaniem w głosie do swojego maczo
- Ale duchota, mogliby tutaj klimatyzację zamontować!

Polbank - nasze motto to "dostępność i ..."

Dzisiaj w dziale "Narzekadła" chciałbym serdecznie powitać bank wymieniony w tytule. Historyjka będzie z gatunku obrazkowych. Zaczniemy od trzęsienia ziemi i stopniowo będziemy podnosić napięcie, aż do nieoczekiwanego końca zaczajonego trzech kropkach z "dostępność i ..."

Czytaj dalej...

Doradca finansowy w Gdańsku

Dla tych co jeszcze nie wiedzą, to w grudniu kupiliśmy mieszkanie. Wiązała się z tym konieczność załatwienia sobie kredytu na ten cel. Formalności było co nie miara. Dodatkowych atrakcji dostarczała koniecznosć zdobycia kredytu w okresie okołoświątecznym i okołosylwestrowym, co jak można domyśleć się dzieje się w tempie co najmniej dwukrotnie wolniejszym niż zwykle. A tutaj wielkimi krokami zbliża się termin wpłaty pierwszej transzy.

Czytaj dalej...

Kot prawdę o biurku Ci powie...

Jestem posiadany przez kota uwielbiającego spać na moim monitorze (chyba tylko dlatego do tej pory mam CRT :D). Dzisiaj jednak kot przeszedł samego siebie. Jak zwykle, jak tylko usiadłem przed komputerem, bestia zaczęła swoją standardową drogę: podłoga -> łóżko -> poręcz mojego krzesła komputerowego -> biurko -> monitor.

Dzisiaj jednak droga nie została przebyta w całości. Na łóżko - bez problemu, na poręcz - też, no, prawie bez problemu, musiałem pogłaskać. No to dalej: biurko - jedna łapa postawiona, kot myśli, myśli, myśli aż mi ekran monitora parą zachodzi, odwrócił się i patrzy na mnie z miną pełną wyrzutu mówiącą "no byś się wstydził taki bałagan zostawić, że nawet łapy nie ma gdzie wetknąć!". I się odwrócił i se poszedł. Obrażony na dodatek. No normalnie nie wiem, mam mieć jakieś wyrzuty sumienia? Za sprzątanie się wziąć? Olać? Ehh, koty :).

A czy Ty zagłosujesz?

Zaświadczenie o prawie do głosowania nr 1) 2007

Niniejsze zaświadczenie uprawnia Pana/Panią (imię - imiona, nazwisko, imię ojca, data urodzenia, nr ewidencyjny PESEL, adres zamieszkania) do głosowania w obwodzie miejsca pobytu w wyborach do Sejmu i do Senatu w dniu 21.10.2007 r.

Ja już takie zaświadczenie mam. A czy Ty, drogi studencie, pracowniku, który będziesz w tym dniu poza swoim okręgiem wyborczym też masz? Czy może z lenistwa pozwolisz na kontynuację wydarzeń z ostatnich dwóch lat? Zostało Ci już tylko 20 dni...

Sukcesy polskiej policji

Krótkie podsumowanie sukcesów polskiej policji

  • Twórcy redwatch.info - na wolności, serwis - działa
  • Twórcy napisy.org - zatrzymani, serwis - zamknięty
  • Coraz bardziej boję się wyjść na ulicę wieczorem w moim mieście
  • Coraz bardziej boję się cokolwiek robić w sieci

Dopadnięty

Zakurzał się powoli mój jogger, zakurzał, aż dopadła mnie Cachotterie i kazała poodkurzać :). Tak więc chciał, nie chciał, przegnałem swojego kota po joggerze, co by z grubsza go ogarnął. Resztki zaś kurzu z kątów sam już powygarniam, opowiadając przy okazji 5 (miejmy nadzieję) nieznanych faktów mnie dotyczących i typując 5 osób, do "podania dalej".

  1. W podstawówce razem z paczką kumpli przeżywaliśmy fascynację komiksami. Czytaliśmy wszystko co było dostępne w tym temacie w szkolnej bibliotece. Bywały sytuacje, że pani bibliotekarka nie chciała nam wierzyć, że można mieć przeczytane coś co pożyczyło się 3 przerwy wcześniej i nas przepytywała czy na pewno znamy treść. Nigdy nie wpadliśmy :). Niestety, po pewnym czasie przeczytaliśmy wszystkie dostępne komiksy i ktoś z nas wpadł na pomysł, że będziemy sami je rysować. I tak to poszły w ruch zeszyty z poprzednich lat, gdzie w niezapisanych częściach stron pojawiały się kratki z naszymi bohaterami. Najlepsze pod tym względem były zeszyty z matematyki, gdyż zawsze w nich było dużo miejsca. Najbardziej bezużyteczne były zeszyty z języka polskiego. Zeszytowymi komiksami potem wymienialiśmy się między sobą. Po etapie rysowania komiksów przerzuciliśmy się na rysowanie karykatur. Najpierw zaczęło się od luźnych kartek, które potem spięliśmy w I tom "Karykatur". Następne tomy powstawały już w zakupionych za składkowe pieniądze zeszytach, w których każdy miał przeznaczone dla siebie strony. Kiedyś nawet całkiem nam odbiło i ocenzurowany (najbardziej nie teges kartki wypięliśmy wcześniej) I tom pokazaliśmy naszej wychowawczyni z propozycją włączenia naszego dzieła do zestawu lektur naszej klasy. Trzeba przyznać, że minę miała fajną jak to oglądała i zupełnie nie rozumieliśmy dlaczego nas nie doceniła i nie przystała na naszą propozycję. Tomów powstało w sumie chyba z 5, z czego 2 wrzuciliśmy komisyjnie po zakończeniu podstawówki za szafę w naszej klasie. Ciekawe czy ktoś już je odkrył i co z nimi się stało. Jeden z tomów leży zaś do tej pory jako pamiątka gdzieś u mnie na półce. Komiksy niestety, nie ostały mi się żadne

  2. Pomiędzy kolejnymi etapami mojej edukacji przechodziłem bezstresowo. Nie dane mi było do tej pory poznać czym są egzaminy wstępne. Z podstawówki do ogólniaka udało mi się przejść na podstawie papierka z Olimpiady Chemicznej zaświadczającego, że dotarłem i nawet zająłem jakieś tam miejsce na stopniu ogólnopolskim. Oczywiście zgodnie z zainteresowaniami z podstawówki wybrałem się na kierunek... matematyczno-fizyczny. Mój nauczyciel z chemii był bardzo niepocieszony, podobnie jak nauczycielka z chemii z ogólniaka, która też nie mogła przeżałować, że nie jestem na bio-chem. Z ogólniaka na studia poszło już trochę mniej przebojowo bo tylko na podstawie konkursu świadectw, ale i tak nawet ten konkurs mnie jakoś nie stresował zbytnio.

  3. Niby nie boję się żadnych owadów, ale od dzieciństwa mam zawsze przerażające koszmary pojawiające się tylko wtedy gdy mam wysoką gorączkę. Ich bohaterem są mrówki, a właściwie jedna mrówka. Zaczyna się najpierw od mrowiących, a potem sztywnych rąk. Potem na suficie pojawia się wieeeeelka kula, a za nią mrówka, która toczy tę kulę na mnie, i toczy, i toczy, i toczy, i tak aż mi gorączka minie. Niby nic wielkiego, ale dla mnie w takich sytuacjach to koszmar nad koszmary :).

  4. W słoneczne dni oglądam świat przez szlaczki i ciapki. Otóż z jakieś trzy lata temu wskutek jakiegoś zlekceważonego choróbska dorobiłem się blizny na siatkówce i od tej pory jeśli wyjdę na mocne słońce, śnieg czy popatrzę na zbyt jasny monitor, to blizna ta powoduje powstanie w polu widzenia półprzezroczystej nitki. Na początku mi to przeszkadzało, teraz już zdążyłem przyzwyczaić się do tego. Zwłaszcza, że jestem człowiekiem, który najchętniej siedziałbym w zaciemnionym całkowicie pokoju (ah, te koce na oknie w akademiku :) )

  5. Było już o koszmarach, to teraz o snach. Ciekawostką jest to, że nie mam, a właściwie należałoby powiedzieć, nie pamiętam prawie w ogóle swoich snów. Choćbym nie wiem jak starał się przypomnieć co mi się śniło, to zazwyczaj nie udaje mi się. Tak średnio, to może raz na miesiąc coś mi się zapamięta. Z tych co uda mi się zapamiętać, to większość jest w trybie czarno-białym, nieliczne są w kolorze. Za to wszystkie są zawsze tak pokręcone, tak nierealne, że czasami jak obudzę się to sam z nich śmieję się jakie były głupie.

No, a teraz ta najfajniejsza część zabawy, czyli wrabianie następnych 5 skazańców ]:->. Ofiarami zostają (w kolejności alfabetycznej): meer, PawelS, pirveli, rasheed oraz Riddle.

Urlop

Formularz urlopowy złożony, plan podróży opracowany, pora w końcu udać się na zasłużony odpoczynek od pracy. Trasa urlopowa wyszła mi całkiem nieźle zagmatwana:

  • 01.09.2006 : Gdańsk -> Malbork <= zabrać graty z rodzinnego domu, zostawić kota pod opieką Mamy
  • 02.09.2006 : Malbork -> Elbląg <= zabrać graty od siostry
  • 03.09.2006 - 04.09.2006 : Elbląg -> Malbork -> Zakopane <= długa podróż
  • 04.09.2006 - 10.09.2006 : Zakopane <= wałęsanie się po górach i nie tylko :)
  • 10.09.2006 : Zakopane -> Gdańsk <= podróż z powrotem i pora na krótki pobyt w mieszkaniu
  • 11.09.2006 : Gdańsk -> Elbląg <= króciutka podróż
  • 11.09.2006 - 14.09.2006 : Elbląg <= byczenie się u siostry i u szwagra :)
  • 15.09.2006 : Elbląg -> Malbork -> Gdańsk <= zabrać kota od Mamy i zostawić w moim mieszkaniu
  • 15.09.2006 : Gdańsk -> Goleniów <= średnia podróż
  • 15.09.2006 - 17.09.2006 : Goleniów <= byczenie się u Nimlien :)
  • 17.09.2006 : Goleniów -> Gdańsk <= powrót do mieszkania, koniec urlopu

Mam nadzieję, że cały ten plan urlopowy się uda. :) Do zobaczenia za ponad dwa tygodnie, pewnie będzie sporo do opowiadania. :)

"Prison Break" - uwaga, uzależnia

Zaczęło się niewinnie. Kumpel przyniósł do mieszkania dwie płytki DVD z serialem "Prison Break" i wręczył mi je z tekstem, żebym uważał bo to produkt silnie uzależniający. Ja mu z uśmiechem na ustach odpowiedziałem, że nie uzależniam się od seriali i nawet StarGate'a, którego jestem wielkim fanem byłem w stanie oglądać 1 odcinek dziennie.

W pierwszy wieczór obejrzałem 6 odcinków...

Przeprowadzka

Skończył się lipiec i skończył nam się termin najmu mieszkania. Nasza grupka porozłaziła się do innych mieszkań, z innymi osobami. Tak też i ja zacząłem już na początku lipca poszukiwania razem z moim kumplem jeszcze z czasów ogólniaka.

Po dwóch tygodniach znaleźliśmy całkiem przyjemne mieszkanko w centrum Gdańska-Wrzeszcza. Wszystko pięknie ładnie, umowa podpisana, my zaś przygotowani do przeprowadzki. Pierwsze cyrki zaczęły się w ostatnim tygodniu lipca kiedy usiłowałem skontaktować się z właścicielką mieszkania w sprawie przekazania nam kluczy kilka dni przed rozpoczęciem umowy czyli przed 1 sierpnia. Babka łaskawie zgodziła się dać nam wstęp do mieszkania dwa dni przed tą datą czyli w niedzielę. Gdy zjawiliśmy się w umówionym dniu na miejscu dostaliśmy do ręki zamiast kluczy wypowiedzenie umowy, która de facto nawet jeszcze się nie zaczęła. Argument babki normalnie powalał z nóg: "Bo nam się w zeszłym tygodniu urwał wężyk przy muszli, zalało sąsiadów i już mam dość tego mieszkania i będę je sprzedawać". Normalnie powód jak i szybkość decyzji rewelacja. Dodajmy, że w umowie zaznaczone było, że wypowiedzenie umowy musi być z terminem przynajmniej miesięcznym. Łaskawie babka się nam na to zgodziła, że możemy ten miesiąc pomieszkać. Tyle, że abyśmy szybko z tej opcji zrezygnowali to zaczęła nas zniechęcać. Pierwsze co, że rezerwuje sobie prawo do wprowadzenia do mieszkania w dowolnej porze, nawet jeśli nas nie ma, potencjalnych kupców mieszkania. Kolejny motyw, to że da nam tylko jeden komplet kluczy. Usłyszeliśmy też dodatkowo, że ostatnio jakaś tam para mieszkała i nawet jej kluczy do mieszkania nie oddała ale ona nie zamierza wymieniać zamków bo przecież tutaj nic nie będzie co można ukraść (jaaaasne) i że nie życzy sobie abyśmy samowolnie zamki zmieniali bo przecież będziemy tylko miesiąc. Smaczków takich było jeszcze więcej. Ostatecznie sami zrezygnowaliśmy z mieszkania (bez pisemnego wypowiedzenia) i zażądaliśmy zwrotu kaucji. Szczęśliwa nam ją wypłaciła, a my zostaliśmy bez mieszkania, mając dwa dni na jego znalezienie. Rysowała mi się już piękna wizja mieszkania pod mostem. :)

No cóż, babką zajmiemy się później - niewykluczone, że postanowimy uprzykrzyć jej życie, jakby nie patrzeć prawo w tym momencie jest po naszej stronie i można to wykorzystać. Teraz jednak trzeba by w tempie ekspresowym coś sobie znaleźć. Jako, że najbliższe Anonse z "nieruchomościami" miały być w środę, a w internecie nie było niczego ciekawego to zostaliśmy zmuszeni do skorzystania z pośrednictwa agencji nieruchomości. Wybór był trafny bo w ciągu jednego dnia mieliśmy nagrane pewne mieszkania, a następnego załatwione zostały wszystkie formalności. Mieszkanko dwupokojowe jakie dostaliśmy to full-wypas, z jeszcze lepszą lokalizacją (10 minut spacerkiem do pracy mam :D). Ponadto właścicielka Agencji Nieruchomości Olak świetnie się spisała ściągając specjalnie dla nas z urlopu właścicieli mieszkania, które sobie upatrzyliśmy i załatwiając nam wszystko w tempie ekspresowym. W ofercie mieszkanie miało być dostępne do oglądania i wynajmu od 7 sierpnia. W dniu 1 sierpnia otrzymaliśmy klucze i można było wprowadzać się. :) Można powiedzieć, że wprawdzie troszeczkę nas to biuro pośrednictwa kosztowało to jednak warto było.

A na koniec, jak ktoś ciekawy gdzie mieszkam, to służę mapką z Google.

Pierdoleni piraci drogowi

Z góry przepraszam wszystkich za wulgaryzmy w tej notce ale inaczej nie umiem.

Wczoraj sobie spokojnie siedzę rano i jem śniadanie gdy zadzwonił do mnie telefon. Wiadomość zmroziła mnie w miejscu. Moja mama trafiła do szpitala po wypadku samochodowym. Niewiele się zastanawiając (bo i nad czym tu się zastanawiać) zadzwoniłem do szefowej i zwolniłem się z pracy, w pociąg i do Malborka dowiedzieć się co i jak.

Około 4 rano moja mama wyjechała samochodem, maluchem, na rynek. Kilkaset metrów od domu kierowca ciężarówki postanowił sobie powyprzedzać pod górkę, na zakręcie i na ciągłej z obu stron linii. W trakcie wyprzedzania nagle (dziwne, co nie?) zauważył, że ktoś jedzie z naprzeciwka. Aby uratować się wykonał nagły skręt, zepchnął malucha i wbił go w drzewo. I teraz "najciekawszy" fragment: zarówno kierowca ciężarówki jak i kierowca samochodu jadącego z naprzeciwka wspaniałomyślnie zwiali sobie z miejsca wypadku. Nosz kurwa, jakbym dorwał tych kutasów to normalnie powiesiłbym ich za jaja. Pierdoleni piraci drogowi.

Dalszego ciągu wydarzeń można się tylko domyślać bo moja mama straciła przytomność od uderzenia i odzyskała ją dopiero w szpitalu (co chwilę ją jednak tracąc tam). Prawdopodobnie po jakichś kilkunastu minutach pojawił się w okolicy jakiś ktoś, kto zatrzymał się zobaczyć co się stało. Wyciągnął mamę z zawiniętego o drzewo samochodu i zadzwonił po pogotowie i policję. Do szpitala mama trafiła po jakiejś godzinie z hakiem od wypadku...

Na miejscu zdiagnozowano silny wstrząs mózgu, założono kupę szwów i wysłano na badania. Na szczęście z dotychczasowych wyników wychodzi, że chyba niczego gorszego nie będzie. Badań jednak nie koniec, mam nadzieję jednak, że nic gorszego nie wyjdzie już.

A i tak w całym wypadku można mówić o bardzo dużym szczęściu, że maluch walnął w drzewo stroną od pasażera, a nie od kierowcy i że był w dobrym stanie dzięki czemu powgniatał się nie na całości tylko w miejscu uderzenia. Gdyby ktoś siedział po stronie pasażera to patrząc na stan samochodu niewielkie dałbym szanse na wyjście żywym temu pasażerowi...

Ehh, czeka mnie długi weekend na szpilkach...

Wreszcie koniec z...

  • Wiecznie brudnymi garami walającymi się po kuchni, do których pewne dwie osoby nigdy się nie przyznawały, a co lepsze, zarzucały jeszcze, że to my nie zmywamy po sobie.
  • Wiecznie zasyfionym zgniłymi resztkami jedzenia stołem i zlewem.
  • Niewynoszeniem śmieci.
  • Sukcesywnym, powolnym niszczeniem wszystkiego co należy do innych.
  • Śmierdzącym i często zarzyganym kiblem.
  • Słuchaniem na całą parę hip-hopu.
  • Uprawianiem dzikich, pijackich wrzasków po nocach.
  • Smrodem papierosów i innych wynalazków "palonych na balkonie".
  • Niemiłym klimatem w mieszkaniu spowodowanym moimi kłótniami o powyższe.

Tak, w końcu dwóch typów z Elbląga, którzy wynajęli w naszym mieszkaniu pokój w końcu się wyprowadziło. Momentami w ciągu roku już miewałem dość tego wszystkiego i gdyby nie to, że nie było to w moim interesie (finansowym głównie) to dawno bym za przeproszeniem wypierdolił ich z tego mieszkania na podstawie zapisu w umowie na temat wandalizmu. Na szczęście było, minęło, mieszkanie udało się doprowadzić jakoś do porządku. Teraz jeszcze sobie do końca lipca pomieszkam razem z kumplem ze studiów, a potem przeprowadzka do nowego (jeszcze nieznalezionego) mieszkania, gdzie przez następny rok pomieszkam sobie ze znajomym jeszcze z czasów liceum.

A na koniec taka mała refleksja: nigdy więcej wynajmowania części mieszkania, w którym samemu będzie się mieszkać przypadkowym osobom z ogłoszenia. Tylko i wyłącznie sprawdzeni znajomi, o których wiadomo, że wolą mieszkać w porządnie utrzymanym miejscu, a nie w syfie.

Starcie z Renomą w Gdańsku

Bilans powrotu do domu linią nocną:

  1. Brak karnetów u kierowcy autobusu.
  2. Próba wyłudzenia mandatu przez kontrolera za brak biletu.
  3. Zatrzymanie mnie z użyciem siły przed wyjściem z autobusu na moim przystanku.
  4. Nieoddanie moich dokumentów na moje żądanie.
  5. Odmowa okazania legitymacji kontrolera w sposób umożliwiający spisanie z niej danych.
  6. Odmowa okazania biletu kontrolnego z datą rozpoczęcia kontroli w autobusie (ani jakiegokolwiek innego dowodu).

A i tak na następnym przystanku wyrwałem swoje dokumenty, dałem dyla z autobusu i zostawiłem pogrzanego renomistę z niepodpisanym przeze mnie mandatem. I niech mi spróbują coś do domu wysłać, to już sobie z nimi pogadam porządnie. A i tak zastanawiam się czy mimo to nie złożyć skargi na pracownika "Renomy".

Moje przygody z głosowaniem na Lordi

Tak, nie będę oryginalny i popełnię kolejną notkę na temat Lordi, która zasili stronę główną joggera. :P

Jeśli jeszcze ktoś nie wie to Finowie postanowili zrobić sobie jaja z Eurowizji w tym roku i na ten discopolowy konkurs wystawili "hardrockowy, quasi-satanistyczny" (tu uśmiech, wiadomo czemu ;) ) zespół Lordi. Jako, że nie jestem zbytnim fanem muzyki granej na Eurowizji i nie śledziłem wydarzeń z nią związanych to o tym fakcie dowiedziałem się dopiero wczoraj ze strony głównej joggera. Poszedłem więc sobie na Google Video oraz na Youtube poszukać czegoś z Lordi i "Hard Rock Hallelujah" w tytule. Znalazłem, obejrzałem, zebrałem koparę z ziemi i stwierdziłem, że w finale mają mój głos za zrobienie sobie beki z Eurowizji. :)

Ok, mają mój głos tyle, że ja od kilku lat jestem szczęśliwym nieposiadaczem telewizora, a wypadałoby go mieć, żeby wiedzieć, o której godzinie, jakiej treści i pod jaki numer wysłać SMS'a popierającego Lordi. Tak więc Houston, mamy problem. No ale nic, od czego jest Internet. Zacząłem szperać po joggerze oraz gadać ze znajomymi i okazało się, że będę mieć z trzech różnych źródeł wsparcie i dadzą mi znać via jabber kiedy i jak głosować. Parę godzin później, Houston, mamy kolejny problem - padł mi net... No to zrezygnowany sobie poszedłem spać. Wtem w środku najgłębszego snu dzwoni telefon, kumpel coś ode mnie chce. Odbieram i wywiązała się nader interesująca rozmowa:

  • "Śpisz, czy co?"
  • "Taaa, net mi padł wieczorem i śpię już."
  • "To nie śpij tylko wysyłaj SMS'y na Lordi!"
  • "Co? Gdzie? Jak?" - trochę mnie już otrzeźwiło. :)
  • "Masz coś do pisania?"
  • "Chwila... Tak, mam."
  • "Numer 72 661, treść 17."
  • "Dzięki wielkie, to narka."
  • "Nara"

Szybko wklepałem co trzeba w telefon i wysłałem w ilości sztuk dwie tam gdzie trzeba po czym zadowolony glebnąłem się dalej spać. A dzisiaj rano wstaję, pierwsze co to jogger do porannej herbatki i co widzę? Lordi wygrali! Hip hip hurrra, udało się. :) Tak trzymać! Należało się to Finom. :)

Dumny też jestem z Polaków, którzy wzięli udział w głosowaniu na Lordi i zapewnili im maksymalną liczbę punktów od naszego kraju. Tym samym pokazaliśmy, że nie trawimy papki tego konkursu, a w szczególności tego, za przeproszeniem, shitu, który ostatnio nasz kraj reprezentuje. Mam nadzieję, że wygrana Finów oraz fakt, że Polacy zagłosowali właśnie na nich da trochę do myślenia tym co decydują kto nas na tym konkursie będzie reprezentować w przyszłości.

A dla zainteresowanych, teledysk Lordi - "Hard Rock Hallelujah" poniżej:

A także ich występ w finale Eurowizji 2006:

Półpasiec

Tak mnie jakoś po weekendzie majowym spędzonym na żaglach osłabiło, że jakieś przeziębienie mnie chwyciło. Początkowo niegroźnie to wyglądało, że nawet do pracy przez półtora tygodnia sobie pochodziłem, nawet pod koniec minionego tygodnia na kurs tańca sobie pochodziłem. W trakcie wyskoczyły mi jakieś dzikie bąble, które zwaliłem na uczulenie. Jednak kiedy w piątkową noc dostałem gorączki, a rano moja gęba wyglądała jak teren po zmasowanym bombardowaniu to w końcu pognało mnie do lekarza na pogotowie. A tam diagnoza: półpasiec rozsiany.

No nic, z torbą leków wróciłem do domu i rozpocząłem kurowanie się. W poniedziałek jeszcze wizyta u lekarza rodzinnego, żeby zwolnienie dostać (na pogotowiu nie mogli wystawić). Lekarz jak mnie zobaczył to tylko powiedział "o cholera" i wypisał skierowanie do szpitala zakaźnego, gdyż jak sądził zaczęło atakować mi oczy. Na szczęście po wizycie w szpitalu okazało się, że nie jest tak źle. Badania okulisty to potwierdziły. Tak więc spokojnie ze zwolnieniem na przynajmniej 10 dni wróciłem do mieszkania i się leczę.

Tak przy okazji poniedziałkowego latania po lekarzach znalazłem fajną metodę na ominięcie godzinnych kolejek w przychodniach. Metoda nadaje się jednak jedynie do zastosowania przez osoby posiadające młodzieńcze problemy skórne (no i oczywiście ospę, tudzież półpaśca). :) Otóż działa to w taki sposób. Przychodzimy pod gabinet lekarza, pytamy się kto teraz wchodzi. Otrzymujemy odpowiedź a w międzyczasie kolejka się już najeża bo ktoś pewnie próbuje się wepchać. Po czym grzecznie zwracamy się do ogółu słowami: "Bo ja mam taką prośbę, mam zakaźną chorobę (tu robimy wymowny ruch wskazujący na naszą facjatę) i nie chciałbym nikogo tutaj zarażać nią. Czy mogę wejść poza kolejnością?". Dociekliwi próbują dopytać się co to za tajemnicza zakaźna choroba, a my z miną niewiniątka odpowiadamy: "Półpasiec". W tym momencie mamy niebywałą okazję zobaczenia powiększających się oczu naszego rozmówcy i usłyszenia chóralnego wręcz okrzyku obecnych w okolicy osób "A idź Pan w cholerę do tego lekarza od razu! Tylko nie stój Pan przy mnie." Po czym grzecznie i zgodnie z wolą pozostałych mykamy do gabinetu gdy tylko wyjdzie z nich aktualny pacjent. Puszczamy mimo uszu głębokie "uffff" jakie słyszymy podczas zamykania drzwi gabinetu i delektujemy się przyspieszoną wizytą. Pewnym efektem ubocznym jest to, że nasz lekarz przez dwie następne godziny czyli zanim przejdzie cała obecna w chwili zdarzenia kolejka, będzie musiał wysłuchiwać opowieści o tajemniczym pacjencie z półpaścem - o takiej reakcji powiedział mi mój lekarz, gdy trafiłem do niego po raz drugi w ciągu tego samego dnia. Metoda przetestowana w warunkach bojowych 3 razy, za każdym razem na innym komplecie pacjentów. Za każdym razem przeszła pozytywnie testy więc można uznać ją za skuteczną.

Trochę jednak muszę przyznać, że ten mój półpasiec wyszedł mi bardzo nie w porę. Zawalił mi on bowiem cały mój misternie utkany plan na ten tydzień. W poniedziałek przeszła mi prawdopodobnie koło nosa szansa na poprawienie sobie w znaczny sposób sytuacji życiowej, ze środy musiałem odwołać wypad na juwenaliowy Rajd Elektroników do Pucka, z czwartku odwołany został wypad z pewną miłą koleżanką do kina na specjalny pokaz przedpremierowy "dla VIPów" "Kodu da Vinci", dzisiaj i w sobotę przepada mi wyjazd integracyjny do Giżycka z firmą, w której pracuję, a z niedzieli trzeba będzie przesunąć spotkanie ekipy organizującej Urban Playground w Trójmieście. Ehh, nic tylko się pochlastać.

Może chociaż trochę ten czas wykorzystam do zakończenia rozpoczętych projektów i pomysłów, może trochę ponadrabiam zaległości na joggerze, może też trochę porobię dyplom, który to cały czas męczę. Zobaczymy. :)

Gdzie ta keja...

Jakiś czas temu napisałem notkę wstępną do moich długoweekendowych przygód na Mazurach. Wprawdzie z lekkim opóźnieniem ale pora dokończyć ją w końcu. :)

Dzień pierwszy - sobota

Zaczęło się od porannej pobudki o 5 rano i udaniu się na pociąg do Gdyni po to aby zająć miejsca siedzące, których w Gdańsku już raczej by nie było. Misja zakończyła się sukcesem i cała ósemka moich znajomych siedziała sobie w zajętym przeze mnie przedziale. Podróż pociągiem do Giżycka minęła bez większych przygód i do celu dotarliśmy cali i zdrowi. Na dworcu powoli zaczęła zbierać się cała nasza ekipa, która docierała innymi pociągami tudzież alternatywnymi środkami transportu. Ostatnie zakupy i potem już kto czym tylko może dociera do Bogaczewa gdzie czeka na nas nasza flota. :)

Gdy wszyscy dotarli do Bogaczewa okazało się, że jest nasz sztuk 26. Parę osób nie dotarło - miało nas być 32 osoby. Wobec tego okazało się, że bierzemy "tylko" 4 łódki (tango, sasanka). Konieczne więc były małe przegrupowania w załogach, żeby pomieścić się w tych 4 łódkach. W wyniku tych przegrupowań trafiłem razem z kumplem z pracy do łódki, w której było 6 dziewczyn. Mmmm, niebiańskie proporcje: 2:6. :) Jak się chwilę potem okazało nasza załoga była (teoretycznie) najbardziej wykwalifikowaną, gdyż były na niej 4 dziewczyny z uprawnieniami sternika/żeglarza + kumpel, który teoretycznie ma uprawnienia ale jeszcze nie ma wyrobionych papierów. No, z taką ekipą to weekend powinien minąć miło, przyjemnie i bezpiecznie. Powinien... ale nie uprzedzajmy faktów. :)

Pierwsze co dowiedzieliśmy się, to że żadna z dziewczyn nie pływała jeszcze na tak dużej łódce i przede wszystkim nie pływały na Mazurach co równa się brakowi umiejętności pływania na silniku i stawiania/kładzenia masztu. Ale co tam, wynajmujący nam łódki pan szybko wytłumaczył naszej załodze podstawowe zasady działania silnika i obsługiwania się masztem. Wypływamy. Znaczy się mamy zamiar wypłynąć. :) Przy wyjściu z portu czekają na nas zdradliwe trzciny. Jeden nieuważny ruch sterem i silnikiem i nasza łódeczka ląduje w samym środku wyżej wymienionych. Bosaki, pagaje na pokład i wypychamy się z problemu. Babka, żona wynajemcy, stoi na kładce, załamuje ręce widząc nasze pierwsze poczynania. Nic to, wypłynęliśmy, zaczęliśmy stawiać żagle i jak się okazało nasza główna sterniczka zapomniała, że łódki nie zostawia się bez napędu. Silnik wyłączony, żagle nie postawione, wiwat spychający nas z powrotem do portu wiaterek. Odpływając w końcu widzimy w oddali babkę łapiącą się za głowę, prawdopodobnie z miną oddającą jej przerażenie o całość łódki - dobrze, że ubezpieczona. :) Wypłynęliśmy w końcu na środek jeziorka i zaczęliśmy podróż do Zielonego Gaju.

Prawie u celu podróży okazało się, że silnik i żagle niekoniecznie chcą współpracować ze sobą i skutkiem tego zatoczyliśmy kilka efektownych kółek przed samym wejściem do przystani zanim żagle zostały zdjęte. Wieczorem uczciliśmy nasze pierwsze wodne przygody w tym rejsie przy ognisku śpiewem i napitkami procentowymi i jak na prawdziwych żeglarzy przystało wracaliśmy chwiejąc się lekko na nogach. :)

Dzień drugi - niedziela

Tym razem celem stały się dla nas Mikołajki. Oczywiście, żeby tradycji było zadość, musieliśmy wpakować się w trzciny. :) Ale żeby nie było, tym razem ratowaliśmy inną naszą łódkę, która jako pierwsza wpadła w nie. Tak nam jednak ta akcja ratownicza poszła, że tamci sobie sami poradzili i potem wyciągali nas. :) W trakcie akcji ratowniczej okazało się, że mamy pewne "delikatne" problemy z silnikiem, w którym zablokowała się linka startowa. Wniosek: nie mamy silnika. No nic, jacht, który "ratowaliśmy" zaczął nas holować przez kanały do Mikołajek gdzie moglibyśmy naprawić nasz silnik. W trakcie holowania okazało się, że łódce holującej nas zaczyna brakować paliwa. W obawie o całkowite wyczerpanie się paliwa musieliśmy się odczepić na najbliższym jeziorze i łapać następnego chętnego do holowania przez kanał. Po kilku kółeczkach i przecięciu drogi paru jachtom (bez obaw, wszystko zgodnie z zasadami) znalazła się ekipa do holowania nas. Przebyliśmy ostatni kanał i już jesteśmy w Mikołajkach.

Teraz został tylko ostatni problem pod tytułem jak zacumować do zatłoczonego portu tylko na żaglach przy bardzo mocno odpychającym wietrze. To wyzwanie okazało się ponad siły naszych sterniczek. W trakcie robienia jednego z kółek niewyrobiliśmy się i naszą łódkę zaczęło spychać na przeciwległą plażę. O zgrozo, akurat w miejsce gdzie zaczął budować się pomost czyli w miejsce gdzie są tylko same drewniane paliki, jakieś poprzekładane w poprzek dechy i kupa gwoździ. Szybka akcja ratownicza spowodowała tylko częściowe uszkodzenie łódki - dwie piękne rysy na burcie. Dodatkowo poszło nam kilka pełzaczy od grota więc nasze ożaglowanie też pozostawiało co nieco do życzenia. Od pomostu uratowaliśmy się tylko po to, żeby kilka sekund później mieć kolejną akcję ratowniczą. Okazało się, że z całym impetem dopychającego nas wiatru wpadamy w wierzby oraz kamienistą część plaży. Troszku nam się dno porysowało ale jak się później okazało to łódka nie zaczęła przeciekać więc chyba nie było aż tak źle. Parę osób za to dostało "krzakiem" w twarz, tudzież w inne części ciała. Udało nam się jednak jakoś przepchać łódkę na bezpieczniejszą bo piaszczystą część plaży. No dobrze, ale co teraz? Wypadałoby stąd jakoś wypłynąć tylko jak? W międzyczasie przypłynęła do nas łódka wcześniej przez nas ratowana. Jednak próby wyciągnięcia nas na holu były zbyt dużym zagrożeniem dla tamtych, ponieważ mimo silnika i żagli zaczęło znosić ich więc ewakuowali się na bezpieczną odległość. Musieliśmy sami wyjść z plaży... Do tego celu trzeba było wejść do wody... Do zimnej wody... Do bardzo zimnej wody... Kumpel podjął męską decyzję, że wchodzi i przywiąże nas do nieszczęsnych palików, a potem sami wyciągniemy się na tyle, żeby złapać hol. Kumpel dotarł do połowy "palików" i tam nas przywiązał po czym siny do połowy wrócił na pokład. Zaczęliśmy wyciągać się po linie ale tam dokąd dotarliśmy to było jeszcze za daleko, żeby cokolwiek nasi ratownicy mogli zdziałać, gdyż dalej spychało ich na paliki. Trzeba było dociągnąć się dalej. Tym razem "męską", heroiczną decyzję podjęła koleżanka z Suwałk "co to zimna się nie boi", wskoczyła cała do wody i popłynęła przywiązać nas najdalej jak dało się. Biedaczka wyszła z wody cała czerwona. Zaraz zapakowaliśmy ją pod pokład, w kupę ciuchów i śpiwór - nawet nie pochorowała się nam. My zaś zajęliśmy się dalszym wyciąganiem łódki, tym razem już z sukcesem. Na holu dopłynęliśmy do drugiego brzegu i zacumowaliśmy.

Pierwsze co, to trzeba było sprawdzić co z silnikiem. Jak okazało się w pobliskim sklepie żeglarskim nasz silnik nie popsuł się. To, że nie chciał nam zapalić spowodowane było blokadą przeciwko odpaleniu go na biegu. Taaa, tak to jest jak każdy z załogi silnik widział po raz pierwszy na oczy. :)

Reszta dnia w porównaniu do wodnych przygód spędzona została nader spokojnie, tym razem głównie na obijaniu się po knajpach, koncertach szantowych i dyskotekach.

Dzień trzeci - poniedziałek

Wypoczęci i pełni sił po wczorajszych przygodach ustaliliśmy trasę podróży na Śniardwy, z powrotem Mikołajki i potem dalej tak daleko jak uda nam się. W trakcie drogi na Śniardwy zaczął śmigać porządny wiaterek, ponoć "piąteczka". Gdy dotarliśmy do wejścia na największe polskie jezioro zaczęły się znowu nasze przygody. Po pierwszym poważniejszym podmuchu wiatru... porwał się nam grot w miejscu jego refowania. No to ekstra, będziemy musieli wracać na porwanym żaglu. Nie będziemy musieli. :) Kolejny podmuch wiatru spowodował trzaśnięcie "tylko" 8 sztuk pełzaczy co równało się prawie połowie zrefowanego grota sromotnie łopoczącego na wietrze. No to zwijamy żagiel i mamy tylko foka. Zarąbista perspektywa. Zarządzony zostaje odwrót i wracamy z powrotem do Mikołajek nareperować żagiel.

Powrotna droga do Mikołajek była spokojna, powolna (tak, malutki foczek) i bez większych przygód. :) Za to w Mikołajkach wypadałoby zacumować do portu. Hmm, przy jeszcze bardziej odpychającym wietrze niż wczoraj? Hmm, nasz kochany silniczek nie daje rady dopchnąć nas do brzegu? No to mamy problem. Oooo, deja vu - budujący się pomost pojawił się na drodze. Kolejna akcja ratownicza, kolejne rysy. Znowu kamienie i wierzba, znowu coś o dno zaryło. No i znowu jesteśmy na piaszczystej plaży. Ale spoko, już mamy doświadczenie w wychodzeniu z niej, a poza tym... mamy silnik. :D No to wyskok na ląd i stawiamy łódkę rufą do jeziora. W trakcie stawiania "przywiało" nam kolejnych nieszczęśników do towarzystwa. Przez nich musieliśmy rzucać cumę do wody bo inaczej by nam ją zgarnęli swoim masztem. :) Ale spoko, co dwie załogi do kombinowania to nie jedna i w końcu nasza łódka stanęła tak jak powinna po czym szczęśliwie wypłynęliśmy na jezioro. Hmm, chyba zapomnieliśmy zabrać jakiejś naszej cumy z brzegu. :) Co za problem, kawałek dalej jest pomost to cała nasza bohaterska załoga podjęła decyzję, że wracamy po nią.

Zakręciliśmy pięknie na środku jeziora i... o kurde, mamy problem, nasz silnik jest za słaby i nasza łódka stojąc bokiem do wiatru nie daje się sterować. Zaczyna nas znosić ale tym razem na pomost, do którego chcieliśmy dobić. Jacht zaczyna kręcić sam kółeczka na jeziorze by finalnie odwrócić się rufą i silnikiem do pomostu. W ostatniej chwili wyciągnęliśmy silnik z wody, żeby nim centralnie w pomost nie wyrżnąć. No i tym samym nie mamy żadnego już napędu. Wyrżnęliśmy w pomost, że aż miło, odbiliśmy się od paru łódek. Siłą rozpędu i skutkiem odbicia się wyrzuciło nas z okolic pomostu i kolejny przestrach w oczach - niesie nas na prosto na piękny drewniany hangar wodny stojący na równie pięknych betonowych filarach w wodzie. Przed naszymi oczami pojawiła się wizja roztrzaskanej w strzępy łódki i równie roztraszkanego hangaru. Paniczna akcja ratowicza, w trakcie której okazało się, że mamy 4 dowodzące w sytuacjach krytycznych sterniczki co można domyśleć się, że skutkuje "wspaniałą" wręcz organizacją. Nasza jedyna nadzieja w tym momencie leżała wyłącznie w obijaczach. Niestety, przez rozpęd jakiego łódka nabrała nie udało się trafnie przewidzieć miejsca, którą częścią wyrżniemy. Wyrżnęliśmy prosto w róg hangaru... Na całe nasze szczęście jak to na rogach budynków bywa są rynny. Ta właśnie rynna uratowała naszą łódkę. Miałem szczęście podziwiać z odległości kilkudziesięciu centymetrów jak rynna gnie się pod naporem jachtu i chroni nas od ściany i betonowego filaru.

Chwila ulgi, hangar pokonany ale na horyzoncie mamy... zanurzone w wodzie ogrodzenie, jakieś stalowe rury wystające z wody oraz stojące przy pomoście łódki. Czasu wystarczyło tylko na wyobrażenie sobie dziur w dnie jakie te rurki spowodują. Odbicie się z impetem od nieszczęsnych łódek przycumowanych do pomostu i kilka sekund później zaryliśmy w ogrodzenie. Usłyszeliśmy zgrzyt, skrobanie, trzask i... cisza, nasza łódka stoi w miejscu. W międzyczasie zdążyła się pojawić ludność tubylcza, która powitała nas kurwami i tym podobnym słownictwem. My już skrajnie wyczerpani nerwowo musieliśmy jeszcze odeprzeć nalot drących mordy tubylców. Udało nam się jakoś, zwłaszcza, że ci ostatni postanowili nam pomóc. Zacumowaliśmy i w tym momencie nikt z nas już nie miał ochoty na jakiekolwiek dalsze pływanie. Morale załogi spadło całkowicie i podjęliśmy decyzję, że dzisiaj stąd nie wypływamy. Trzeba było jednak naprawić szkody w naszym ożaglowaniu. Na szczęście w miarę blisko był odpowiedni zakład. Po godzinie wszystko było naprawione, a nasza łódka nie zdradzała oznak przeciekania więc chyba nie jest aż tak źle.

Pora odbudować nasze morale. W tym celu udaliśmy się na drugi brzeg Mikołajek by napełnić nasze żołądki i pozwiedzać sobie okoliczne atrakcje. Do naszego "portu" wróciliśmy szybko, ponieważ podjęta została decyzja, że wypływamy jutro wcześnie rano. Podjęte też zostały w końcu odpowiednie decyzje, kto u nas na pokładzie jest jedynym kapitanem, kto jakie zadania ma na łódce. Jak to się mówi, lepiej późno niż wcale. W międzyczasie mieliśmy też okazję zbratania się z ludnością tubylczą, wysłuchania kilku mrożących krew w żyłach opowieści, a także... podziwiania z bezpiecznego miejsca jak to kilka innych łódek w ciągu wieczora wpadło na dokładnie te same paliki, wierzby, kamienie, które my już dwukrotnie zaliczyliśmy. Zawsze to jakaś pociecha, że nie tylko my mamy takie przygody. :)

Dzień czwarty - wtorek

Pobudka wcześnie rano bo o 6 z minutami, cicha woda, prawie w ogóle wiatru, za to siąpiący z nieba deszcz. Wypływamy bez śniadania, żeby nie popsuły się nam warunki. Pierwszy warkot silnika rozniósł się po okolicznych wodach. Wypłynęliśmy na jezioro. Cel: dogonić naszą ekipę, która jest już w połowie drogi do Giżycka. Kilka godzin płynięcia na silniku (żagli nie było sensu rozwijać jeśli chcieliśmy ich dogonić), spokojne śniadanie na wodzie, podziwianie wędkarzy, krajobrazów i całych uśpionych Mazur. Czasowo wyrobiliśmy się tak, że przez 4 godziny nadrobiliśmy stracony dystans i dopłynęliśmy do naszej ekipy praktycznie w momencie kiedy zbierali się do wypłynięcia. No to jesteśmy razem. :) Morale załogi wróciło do normy. Pełni werwy i zapału zaczęliśmy płynąć dalej na Giżycko.

Po naszych wcześniejszych przygodach niewiele rzeczy robiło już na nas wrażenie. Zarycie w płytki brzeg kanału sterem tak, że ponoć mieliśmy niezłe szczęście, że nie złamał się - luuuzik. Niekontrolowany zwrot przez rufę wskutek nagłego zwrotu wiatru powodujący caaaałkiem emocjonujący przechył naszej łódeczki i na dokładkę przelatujący bez kontroli bom, którego centymetry dzieliły od zafundowania nam "człowieka za burtą" - luuuzik. Zarycie w mieliznę głębokości 0.3 metra na jeziorze Niegocin, ponieważ nasza sterniczka nie spodziewała się "czegoś takiego na środku jeziora", oczywiście nikt nie zajrzał nawet na mapę - luuuzik. Po poprzednich naszych przygodach nasz "Ognik" (tak nazywał się nasz jacht) stał się wśród całej naszej ekipy legendą. Co chwilę tylko ktoś do nas dzwonił i upewniał się czy jeszcze żyjemy. I zupełnie nikt z nas nie rozumiał dlaczego wszystkim włosy dęba stawały jak im na bieżąco relacjonowaliśmy o zwrocie, mieliźnie, sterze - przecież to pryszcz. :)

Tak więc nasza załoga spokojnie dopłynęła do Giżycka, gdzie sobie zjedliśmy porządny obiad i dalej popłynęliśmy zacumować na wieczór w Wilkasach. Tam zaś zrealizowane zostało w końcu spotkanie grzańcowe, które odwlekło się o dwa dni z powodu naszych przygód. Zdecydowana większość całego naszego rejsu postanowiła dokończyć rozpoczęte przez nas dzieło rujnowania łódki. Mieliśmy bowiem niebywałą okazję przekonać się ile osób jest w stanie zmieścić się w jednym jachcie. Dużo, na tyle dużo, że w pewnym momencie zaczęliśmy w przypływie radości spowodowanej grzańcem zastanawiać się czy aby czasem zaraz nie zatoniemy. :) Nasz jacht na szczęście przeżył całą imprezę. Utulony do snu parującym alkoholem i śpiewami spokojnie usnął bezpiecznie w przystani...

Dzień piąty - środa

Znowu kolejna wczesnoranna pobudka, tylko po to aby na czas oddać łódki i zdążyć na pociąg do Gdańska. Tym razem przynajmniej nie tylko my nie wyspaliśmy się. Powrót do Bogaczewa, nic specjalnego, ot tylko zwykłe spokojne żeglowanie, zero atrakcji. :) W trakcie jednej z pogawędek jedna osoba z naszej ekipy stwierdziła, że do kompletu wrażeń brakuje nam tylko zwrotu przez top. Niestety, nie udało się naszej załodze czegoś takiego zrobić i byliśmy niezmiernie tym faktem niepocieszeni.

Większego stresa mieliśmy przed zdaniem naszej łódki, wszyscy wiedzieli jakie nasze przygody przeżyliśmy, wszyscy wiedzieli co tej łódce się stało i już liczyliśmy się po cichu z tym, że kaucji to my nie zobaczymy na oczy. Zobaczyliśmy - właściciele niczego nie zauważyli. :) Zresztą jak okazało się, nie byliśmy najzdolniejszymi przypadkami. Właściciele w tym czasie byli "z deczka" wkurzeni na, jak to określili ładnie, "pewnych mieszkańców z dużego miasta na literę W z centrum Polski", którzy na wypożyczonej od nich łódce... złamali maszt.

Teraz już tylko zostało nam spokojnie wrócić do domu by podzielić się ze wszystkimi naszymi "morskimi opowieściami".

Podsumowanie

Podsumowując, mimo tych wszystkich przygód, a właściwie lepszym określeniem byłoby, że dzięki tym wszystkim przygodom mogę śmiało zaliczyć wypad na Mazury do bardzo udanych. Nie żałuję, że miałem okazję przekonać się o ekstremalności żeglarstwa. A ci co byli na pozostałych trzech łódkach niech żałują, że mieli taki nudny rejs - ja na pewno nie zamieniłbym się z nimi.

A na koniec, powtórzę raz jeszcze nową wersję szanty "Gdzie ta keja...", którą to ułożyłem po naszym rejsie. Myślę, że tym razem wiadomo już do czego ona nawiązuje. :)

Gdzie ta rynna, a przy niej ten jacht
Gdzie ta trzcina wymarzona w snach
Gdzie te sznurki od podartych szmat
Gdzie ta miela na szeroki świat

Ahoj!

Gdzie ta...

Gdzie ta rynna, a przy niej ten jacht
Gdzie ta trzcina wymarzona w snach
Gdzie te sznurki od podartych szmat
Gdzie ta miela na szeroki świat

I parę jeszcze innych wersji znanych szant można ułożyć po moim długoweekendowym rejsie po Mazurach i wszystkich przygodach jakie spotkały naszą załogę. Właśnie z powodu tych przygód z pewnością będzie to jeden z bardziej niezapomnianych urlopów. I mimo, że każdego wieczoru znajomi z pozostałych jachtów zastanawiali się czy przeżyliśmy to wypad mimo jego niestandardowego przebiegu, pełni wrażeń, tony siniaków, itp. uznaję za bardzo udany. Więcej "mazurskich opowieści" być może zamieszczę w ciągu kilku najbliższych dni. Teraz nie mam na to sił. Teraz mam tylko siły na odespanie zaległości z tych 5 dni w bujającym się mieszkaniu po bujającym się prysznicu i na bujającym się łóżku. :)

I niech mi ktoś powie, że żeglarstwo nie jest sportem ekstremalnym. :)

Szacunek dla studenta?

Poszedłem sobie dzisiaj, jak zresztą codziennie, na stołówkę studencką w "Kwadratowej". Trafiła się godzina gdzie trochę więcej osób było niż miejsc przy stolikach. W lokalu tym niestety jakiś "mądry" postanowił zrobić podział na stoliki dla wykładowców, pracowników Politechniki Gdańskiej i dla reszty - super segregacja "rasowa". Z racji, że miejsc wolnych przy stolikach dla nie-wykładowców nie było to sobie razem z kumplem siadłem do eleganckiego stolika dla "rasy wyższej" - no w końcu nie będę jadł obiadu na stojąco. Kilka minut później obsługa lokalu widząc, że wpada "rasa wyższa" podchodzi do nas, żebyśmy się przesiedli (oczywiście nie ma gdzie się przesiąść). Delikatne stwierdzenie, że trzeba było się postarać o więcej stolików i że mam zamiar zjeść obiad w spokoju podziałało na miłą panią z obsługi i dała spokój. Chwilę później przychodzi pierwszy reprezentant "rasy wyższej" i wywiązała się między nami nader miła rozmowa:

  • - A Ty kurwa co, czytać nie umiesz? Stolik dla wykładowców!
  • - Że co proszę?
  • - Stolik dla wykładowców!
  • - Szanowy Panie starszy, może tak z kulturą trochę większą niż spod budki z piwem? Garnitur zobowiązuje...
  • - ... (tu szanowny pan starszy wybałuszył gały)
  • - A tak poza tym to jestem doktorantem, więc...
  • - A to przepraszam Pana bardzo, nie wiedziałem, że Pan nie student.
  • - A to do studentów nie należy się zwracać kulturalnie?
  • - Pfff, a po co? - prychnął Pan starszy...

No szczena mi opadła normalnie. Aż żałuję, że nie znam nazwiska tego Pana starszego bo bym z przyjemnością umieścił je tutaj.

PS. Nie jestem doktorantem. :)

Światowy Dzień Kota

Jeśli ktoś jeszcze nie wie to dzień 17 lutego jest znany jako Światowy Dzień Kota. Do napisania tej notki sprowokował mnie jednak wpis u infro, a konkretnie zawarty w nim cytat.

Jakiś czas temu przygarnąłem pod swój dach kotkę Agatkę, bidulkę rodem z warszawskiego bazaru, wychudzoną, bitą przez złych ludzi a co za tym idzie niesamowicie wystraszoną. Agatka miała jednak szczęście, że trafiła na ludzi, którzy nie przeszli obojętnie obok niej. Trafiła do "kociego domu" razem z jej małymi kociakami. Tam otrzymała podstawową opiekę i rozpoczęło się wielkie poszukiwanie przyszłego domu dla całej rodzinki. Kociaki bardzo szybko znalazły swoich ludzi, Agatki jednak nikt nie chciał. Przeniesiona została z jednego "kociego domu" do drugiego, z Warszawy do Gdańska. Tutaj rozpoczęła się jeszcze szersza akcja poszukiwania dla niej domu. To dzięki tej akcji i przede wszystkim dzięki osobom, które ją prowadziły Agatka trafiła w końcu do mnie. Tyle, że Agatka nie zachowywała się jak typowy kot wychowany od początku swojego życia w domowych warunkach. To był wiecznie fuczący kłębek sierści, który dopiero miał się nauczyć zaufania do człowieka. Z perspektywy tych kilku miesięcy mogę powiedzieć, że jest doprawdy coś fascynującego w oglądaniu przemiany takiego kota. Pierwsze wyjście z ciemnego kąta w mieszkaniu. Pierwsze dotknięcie jej futra niezakończone podrapaniem ręki. Pierwsza chrupka suchej karmy zjedzona z ręki. Pierwsze mruczenie podczas głaskania. Pierwsze otarcie się o moje nogi. Pierwsze czekanie pod drzwiami aż wrócę z pracy. Pierwsza ucieczka przestraszonego czymś w mieszkaniu kota w moje ręce zamiast w kąt. Pierwsze przyjście na noc do łóżka zamiast na parapet. Pierwsze "baranki" kota zaczepiającego mnie do zabawy. Pierwsze wtulenie głowy w mój płaszcz zamiast dzikiej ucieczki ze stołu u weterynarza. Każde z tych pierwszych wydarzeń było dla mnie swego rodzaju świętem, gdyż za każdym razem widziałem to rosnące zaufanie do mnie. A teraz? Teraz mam kotkę, która prawie, że nie odstępuje mnie na krok, która nawet bez głaskania przychodzi do mnie się przytulić i pomruczeć, która robi się smutna jeśli dłużej nie ma mnie w domu. Po prostu bez siebie nawzajem byłoby nam chyba jakoś pusto. A wszystkim co twierdzą, że kot "emocje zostawia frajerom" i "podchodzi do tego wszystkiego beznamiętnie" powiem tylko jedno: widocznie nigdy nie mieliście kota, który miał za co być Wam wdzięczny.

Turniej tańca

W sobotę 21 stycznia 2006 roku, o godzinie 16:00 na Auli Gmachu Głównego Politechniki Gdańskiej odbędzie się turniej tańca towarzyskiego "Pierwszy Krok Taneczny" organizowany przez SKT PG "Pod Kwadratem".

Jeśli ktoś ma ochotę przyjść i pooglądać to serdecznie zapraszam. Niebywałą atrakcją z pewnością będzie możliwość obejrzenia autora tego joggera tańczącego nie w rytm cha-chę, łapiącego równowagę po szaleńczym walcu wiedeńskim i zajmującego najbardziej ostatnie z ostatnich miejsc w ostatecznej klasyfikacji :)

Odadminowanie się

Ufff, po półtora roku adminowania forum pewnej gry nadszedł czas zrezygnowania z przywilejów i odpoczynku od codziennych obowiązków. Powodem rezygnacji były opisywane niedawno wielkie zmiany w moim najbliższym życiu. Nawet nie spodziewałem się, że tyle czasu zajmie mi załatwianie wszystkich spraw związanych z tym forum. Dwa dni spędzone praktycznie w całości na organizowaniu zastępstw, uczeniu nowych władz co i jak, przekazywaniu najważniejszych informacji zarówno technicznych jak i nietechnicznych. Dopiero teraz sobie zdałem jak wiele czasu marnowałem na tym forum i jak wiele go teraz odzyskam. Głębsza chwila refleksji nastąpiła kiedy sobie uświadomiłem ile różnych osób otrzymało nowe uprawnienia aby było wykonywane dalej to co ja sam robiłem. Tą liczbą jest... 6. 6 osób w zamian za jedną osobę - 1 nowy administrator, 3 nowych moderatorów, 1 Przewodniczący założonego przeze mnie klanu, 1 Kronikarz prowadzący Księgę Rekordów. A co jest z tego wszystkiego "najlepsze"? To, że nawet nie usłyłszałem jednego słowa dziękuję. Za to mam wrażenie, że usłyszałem huk otwieranego szampana za mną. Niestety, na forum zagościła banda piesków, która jak to pieski mają w zwyczaju szczekają na wszystko co się tylko da byle tylko było o nich głośno i które starają się poczuć cholernie ważne "umilając" na wszelkie sposoby życie komuś kto na dobrą sprawę zaprosił ich na swoje własne podwórko. Naprawdę zadziwiające jest jak niektórzy widzą tylko i wyłącznie czubek własnego nosa. Mimo, iż wiele nerwów straciłem na tym forum to jednak czegoś się nauczyłem, czegoś o życiu. Tylko nie wiem czy cena rzeczy poświeconych była tego warta. I mimo, że odejście z forum było w sumie wymuszone czynnikami zewnętrznymi to tak właśnie stwierdzam, że odchodzę praktycznie bez żalu. Tak nawiasem to na myśl przychodzi mi teraz trafne porównanie z niedawnymi wydarzeniami na joggerze i z tymczasową rezygnacją sparrowa z rozwijaniu projektu. Mogę po cichu przyznać, że cholernie dobrze rozumiem sparrowa dlaczego odciął się od wszystkiego z powodu tych właśnie "piesków zawsze znajdujących powód do szczekania". Wracając zaś do tematu to jedyne co mi było szkoda opuszczać to założony przeze mnie klan niETIkalni - tam naprawdę zebrała się grupka 10 osób o trzeźwym podejściu do świata i rozsądnej głowie. Takich ludzi cenię i to bardzo wysoko, z ich zdaniem zawsze się liczyłem i liczyć się będę. Na forum ogłosiłem, że znikam na pół roku, jednak... mam dziwne wrażenie, że nie będzie mi sie chciało tam wracać. Może to i dobrze? Tymczasem idę spać nie jako admin lecz jako spokojny user. Dobranoc.

Nowa kobieta w moim życiu

Dzień to był zwykły, wydawałoby się, że niczym nie wyróżniający się od innych. A jednak, wtedy po raz pierwszy usłyszałem o niej. Mieszkała w Warszawie, jednak niedawno przeprowadziła się do Gdańska. Poznaliśmy się dzięki mojej koleżance z pracy. Ona to bowiem zaaranżowała nasze spotkanie. Nie mogłem się doczekać dzisiejszego dnia. Wczoraj posprzątałem całe mieszkanie, przygotowałem wszystko na jej przybycie, nawet jej ulubiony obiad. Dzisiaj wstałem zanim budzik zadzwonił, wykąpałem się, zjadłem śniadanie i pognałem na spotkanie. Chwila gdy ją zobaczyłem zdecydowała za mnie - chcę, żeby była ze mną. Na zawsze. Ona też tego chciała. Po krótkiej rozmowie pojechaliśmy do mojego mieszkania. Weszła nieśmiało do mojego pokoju i od razu znalazła sobie przytulny kącik, w którym się usadowiła. Poczęstowałem ją świeżo przygotowanym jedzeniem i napitkiem. Porozmawiałem trochę z nią. Teraz poszła spać. Leży zwinięta w kłębek i od czasu do czasu spogląda na mnie. Moja nowa kobieta w moim życiu. Kotka Agatka.

Online?

W ten weekend miałem okazję zaliczyć pad większości miejsc, w których zdarza mi się często bywać:
  • Jogger.pl padł z wiadomych wszystkim powodów
  • Blehna Forum padło. Powodów może nie będę wymieniać bo jeśli prawdą jest to co słyszałem to..., a jeśli nie to wolę nie oczerniać. :)
  • Little Golem został przeniesiony na inny serwer, w związku z czym dwa dni zajęła propagacja wpisów w DNS'ach. A jako, że nie zapisałem sobie nowego IP (było podane na forum) to miałem te dwa dni rozgrywek z głowy. :)
  • Ogame.pl działało jakby chciało, a nie mogło. A jako, że było to z przewagą niedziałania to i też za dużo nie porobiłem tam. :)
Skutek: jakoś tak wyjątkowo dużo czasu miałem i wyjątkowo efektywnie go spędziłem. :) W sumie, mogłoby tak nawet częściej bywać. :D

Kurs Tańca: Reaktywacja

Nie ma to jak podjęcie decyzji pod wpływem impulsu. Parę lat temu zdarzyło mi się chodzić i to dość długo nawet na kurs tańca. Jednak z pewnych powodów zmuszony byłem przerwać naukę na prawie 2 lata. Przedwczoraj zaś jeden z kumpli radośnie mi obwieścił, że właśnie zapisał się na zajęcia pierwszego stopnia i czy ja bym się czasem też nie przeszedł. Jako, że kumpel ma dar przekonywania mnie jak nikt inny to po 5 sekundach stwierdziłem, że "A co mi tam, też sobie znowu pójdę". I tym sposobem wczoraj przekroczyłem znowu progi Studenckiego Klubu Tańca PG "Pod Kwadratem" przypominając sobie stare dobre czasy kiedy to co 5 minut była "randka" z nową dziewczyną, czasy gdy bywały ciągi imprez z ludźmi z klubu trwające nieraz i całymi tygodniami, czasy przygotowań do turniejów i ogólnie czasy bardzo ciekawe. Stare, dobre czasy chyba się znowu zaczęły bo wyjście "tylko do pracy i po niej na kurs tańca" zakończyło się powrotem do domu po 34 godzinach :) Nie powiem, nie byłem chyba dzisiaj rano w robocie zbytnio efektywnym pracownikiem przez pierwsze dwie godziny i od razu chciałem uprzedzić, że to nieprawda, że osuszyłem automat z wodą stojący na korytarzu. :)

A co będzie dalej z kursem to nie wiem jeszcze. Na razie 1 stopień co by sobie poprzypominać jak to w ogóle leciało, a potem może zacznę sobie trochę przyspieszać i przenosić się na wyższe stopnie wtajemniczenia bo tak mi się coś zdaje, że jak zacznę sobie za dużo rzeczy przypominać to mogę w pewnym momencie przy normalnym tempie kursu zacząć nudzić się. Czas pokaże :)

Dwóch wariatów na weselichu

Co może zrobić dwóch wariatów zaproszonych na wesele?
  • Zaczną zastanawiać się czy nie byłoby fajnie dorwać jakiegoś dzieciaka, który da się podpuścić by w trakcie uroczystości kościelnej poleciał z tekstem "Tata! Tata!" do Pana Młodego. Na szczęście brak było dzieciaków w odpowiednim wieku. :)
  • Stwierdzą, że nie będą kartki z życzeniami podpisywać byle długopisem tylko wyciągną pióro, pacną przypadkiem dwa kleksy na kartce po czym wspólnie przerobią te kleksy na gustowne kwiatki dla niepoznaki rysując większą ich ilość niż było kleksów.
  • Polezą z prezentem na miejsce imprezy i po zdziwieniu się, że wszyscy zanieśli prezenty do domu położą wielgaśną paczkę na parapecie co by sobie przez całą imprezę poleżała na widoku wszystkich gości.
  • Wystraszą swoimi akrobacjami tanecznymi z parkietu wszystkie Panie w wieku lat powyżej 30.
  • Wystraszą biedną dziewczynę w wieku lat 14 na drugi koniec sali tylko dlatego, że biedaczka wyglądała im na lat 20, a oni chcieli "tylko sobie z nią potańczyć".
  • Rzucą się za rzuconą przez Pana Młodego muchą lotem szczupaczym przechodzącym w dwumetrowy ślizg po podłodze i kończącym się pomiędzy nogami pozostałych gości, a potem będą czyścić marynarkę i spodnie z zebranego po drodze kurzu.
  • Będą udawali, że "przypadkiem" oparli się o włącznik światła co by zaciemnić salę i więcej klimatu na niej zrobić.
  • Spowodują niejednostajny ruch kamerzysty w cyklu: jednostajne sekwencyjne filmowanie gości, 2 minuty zatrzymania kamery na sfilmowanie wyczynów tanecznych jednego wariata, jednostajne sekwencyjne filmowanie gości, 2 minuty zatrzymania kamery na sfilmowanie wyczynów tanecznych drugiego wariata.
  • Będą dostojnym powolnym krokiem paradować do Młodych by w końcu wręczyć im prezent, a to tylko dlatego, że przyuważyli rozwaloną dekorację na prezencie, która przy szybszym kroku mogłaby się po prostu zdmuchnąć.
  • Przechodząc przez pustą już salę po weselu stwierdzą "My chcemy balony!", po czym do spółki z Panem Młodym poodcinają najeżone dekoracyjne kule złożone z 20 podłużnych wiązanych balonów każda.
  • Pojawiając się z wielgachną, balonową dekoracją w 3 autobusach, 2 pociągach i na ulicach 4 miast wzbudzą nieskrywane zainteresowanie i uśmiechy wśród dziewczyn, facetów, współpasażerów środków komunikacji miejskiej i międzymiejskiej, starszych babć i dziadków, żuli, dzieci chcących balona "już teraz, natychmiast", sprzedawczyń gazet, a także psów i kotów.
  • Spowodują, że dziewczyna z którą wracali po weselu do Gdańska będzie się trzymała 10 metrów od nich, żeby nikt czasem nie pomyślał, że ona też z Wariatkowa :)
Tak, weselicho mojego kumpla ze studiów, na którym to byłem w ubiegły weekend można zaliczyć do wyjątkowo udanych :)

Zahcon 2005

No to sobie pojechałem do Torunia na Konwent Miłośników Fantastyki Zahcon 2005. Też nie miałem kiedy złapać choróbska jak na dwa dni przed tyle czasu oczekiwanym wyjazdem, do którego odliczałem kolejne dni. No, ale niestety, z cieknącym nosem, opuchniętym do granic możliwości gardłem i gorączką raczej nie będę się nadawał do nocowania w śpiworze po zimnych Fortach. A jak sobie jeszcze poczytać Informator to jeszcze bardziej robię się zły jak widzę jakie atrakcje mnie ominą...

Arrrrghhh!

Ostatnie wpisy w indeksie

Dzisiaj udało mi się pobić rekord w szybkości zdobycia wszystkich wpisów do indeksu. Godzina 13:10 staję w kolejce do dziekanatu po kartę egzaminacyjną. Godzina 13:25 wychodzę z kartą egzaminacyjną w ręku z dziekanatu. Godzina 13:35 ponownie kieruję kroki do dziekanatu z wypełnionym indeksem i kartą. Godzina 13:40 mówię "Do widzenia" babce z dziekanatu odkładającej indeks na półkę pt. "Do podpisania przez Dziekana".

Jeszcze nigdy nie zdarzyło mi się w ciągu pół godziny załatwić wszystkich wpisów z całego semestru ;) No dobra, przyznam się, skończyłem 10 semestr i wszystkie 3 wpisy zaliczyłem u jednej osoby, u swojego promotora :D

Ehhh, ciekawe kiedy zatęsknię za czasami gdy uzupełnienie indeksu potrafiło trwać nawet dwa tygodnie.

Przepis na wygranie biletów na koncert Stinga

Oto oryginalny, sprawdzony przepis na uzyskanie niewielkim nakładem pieniężnym biletów na koncert Stinga w Warszawie:
  1. Bierzemy telefon znajdujący się w sieci Idea i przygotowujemy sobie na nim gotowego do wysłania pod numer 71501 SMS'a z tekstem "STING".
  2. Ściągamy i uruchamiamy programik TClock i za jego pomocą synchronizujemy zegarek komputerowy z np. ntp.task.gda.pl.
  3. Robimy pierwszą próbę wysyłając przygotowanego wcześniej SMS'a o pełnej godzinie.
  4. Jeśli trafiliśmy i otrzymaliśmy SMS'a zwrotnego z gratulacjami wygrania zaproszeń to mamy problem z głowy i przechodzimy do punktu 6.
  5. Przed każdą pełną godziną wysyłamy SMS'a konkursowego za każdym razem wysyłając go o 3 sekundy wcześniej przed pełną godziną niż poprzednim razem. Ciąg godzin wysyłania może wyglądać na przykład tak: 12:00:00, 12:59:57, 13:59:54, 14:59:51, itd. Jeśli za którymś razem otrzymamy SMS'a zwrotnego, na którym godzina wysłania jest xx:59 to znak, że cofnęliśmy się za daleko od pełnej godziny ale że jesteśmy już blisko i należy zacząć dodawać po 1-2 sekundzie. Punkt ten powtarzamy do skutku czyli do otrzymania SMS'a o treści: "Gratulujemy, otrzymujesz podwójne zaproszenie na koncert STINGA! Dowiedz się, gdzie możesz odebrać bilety - wyślij SMS o treści INFO pod numer 71501." W moim przypadku była to godzina wysłania: 16:59:45 więc można spróbować wziąć ją jako godzinę odniesienia i od analogicznej zacząć testy.
  6. Wchodzimy na stronę Orange.pl i zamiast sugerowanego wysyłania SMS'a znajdujemy sami miejsce gdzie możemy odebrać nasze podwójne zaproszenie.
  7. Odwiedzamy ze swoim telefonem oraz dowodem osobistym znaleziony punkt Orange, ucinamy sobie pogawędkę z dwiema paniami, w trakcie której wysyłają one na nasz telefon kod potwierdzający, spisują nasze dane z dowodu, a następnie wręczają z uśmiechem dwa bilety.
  8. Spotykamy się 24 września w Warszawie na Służewcu. ;)

Algorytm przetestowany w praktyce. Kumpel na w sumie 9 prób na dwóch komórkach zdobył dwa podwójne zaproszenia, ja za 6 razem robiąc próby na jednej czyli koszt biletów w moim przypadku to 7.32 PLN (3.66 za sztukę)

Powodzenia ;)

Rodzinne zdjęcie Polaków

Dzisiaj zostało opublikowane "Rodzinne Zdjęcie Polaków w XXV Rocznicę Solidarności" wykonane przed koncertem Jean Michel Jarre'a 26 sierpnia 2005 roku na terenie Stoczni Gdańskiej. Nawet jakoś się tam znalazła moja ostrzyżona na pałę, brodata morda wystająca z czarno-czerwonego polara na prawo-dół od różowej blondynki :D

"Krótki przegląd poszukiwaczy mieszkań" by Draakhan Geographic"

Przez kilka dni miałem przyjemność znaleźć się po drugiej stronie barykady ogłoszeniowej. W wynajętym przez nas mieszkaniu mieliśmy wolny jeden dwuosobowy pokój więc trzeba było go odstąpić komuś, oczywiście nie za darmo :). Zaczęliśmy umieszczać ogłoszenia na trojmiasto.pl dzięki czemu miałem okazję przyjrzeć się wszelkiej maści kandydatom na współlokatorów.

Umawiacz
Pierwszy odebrany telefon i jak się okazuje od razu mamy interesujący okaz, który później okazał się przedstawicielem gatunku Umawiacz. Nie bardzo pasowała mu wizyta w ten sam dzień bo musiał dojechać więc umówiliśmy się na następny dzień wieczorową porą. Nadeszła umówiona godzina i po Umawiaczu ani widu, ani słychu. Zadzwonił nazajutrz tak jakby dzwonił na jakieś nowe ogłoszenie (zapomniał?) i dalej dopytywać się o to samo co wcześniej. Umówił się tym razem nawet na ten sam dzień i to nawet za godzinę. Myślicie, że go zobaczyłem? Nie, ja go usłyszałem znowu wieczorową porą i... znowu dopytującego się o to samo. Chciał się umówić :) Na moje stwierdzenie, że już trzeci raz dzwoni na to samo ogłoszenie, umawia się i ani razu nie stawił się o umówionej godzinie nasz Umawiacz zaliczył zdziwko, że go skojarzyłem po numerze telefonu (eh, te robione przeze mnie notatki kto i o której... :D) ale obiecał, że tym razem na pewno jutro będzie. Taaa, jaaaaasne, był, uhmmm... :)

Błądząca
"A jaka to dzielnica?" (nie było w ogłoszeniu? dziiiiwne... :D) "A jak tam dojechać? A ile czasu zajmuje dojście do [tu wstawić listę miejsc]". Powiedzmy, że te pytania można uznać za normalne nawet. Pół godziny przed umówioną godziną dostaję jednak telefon od Błądzącej, że "jest pod McDonaldem i nie wie co dalej". Wyjaśniłem jej po kolei z najdrobniejszymi szczegółami drogę jak dotrzeć do mojego mieszkania. Pominę milczeniem brak znajomości większych ulic Gdańska takich jak np. Jaśkowa Dolina u studentki 3 roku czegoś tam na UG... Ale to jeszcze nie koniec zmagań biednej niewiasty ze strasznymi gdańskimi ulicami. Kilkanaście minut później odbieram kolejny telefon od niej "Bo ona dojechała do pierwszego dużego skrzyżowania, o którym jej mówiłem, jest pod Carrefourem i nie może znaleźć Wileńskiej". Tu już nie wytrzymałem, brechnąłem w telefon - żeby dotrzeć pod Carrefoura jadąc Jaśkową Doliną trzeba przejechać przez co najmniej 3 duże skrzyżowania :D No nic, wytłumaczyłem sierotce jak wrócić. Po moim brechcie w telefon nie odważyła się więcej zadzwonić do mnie. Na szczęście jakoś po ponad pół godzinie usłyszałem jej głos w domofonie :) Podsumowując: fanka survivalowego poruszania się w dużym mieście bez mapy :D

Zdecydowany
- "Ekstra pokoik, to ja wezmę go razem z kolegą. Kiedy możemy się wprowadzać?"
- "Jak podpiszemy umowę i dostanę do ręki kaucję oraz opłatę za wrzesień za Was dwóch".
Tu wręczam mu do ręki umowę, gościu czyta i na koniec stwierdza:
- "To ja w takim razie idę po kolegę, wybierzemy kasę i za jakieś pół godziny będziemy, żeby podpisać umowę. Ale my już to na 100% weźmiemy więc możesz mówić, że ogłoszenie jest nieaktualne."
Wyszedł, słuch po nim zaginął, ogłoszenie nadal pozostało aktualne...

Wzorowi
Na wyróżnienie zasługuje jedna para przedstawicieli gatunku Wzorowych, która dzwoniąc do mnie nie dopytywała się o to co było napisane już w ogłoszeniu i umówiła się na konkretną godzinę na następny dzień. W umówiony dzień dwie godziny wcześniej sami z siebie zadzwonili, żeby potwierdzić że na pewno będą. Jak groziło im, że się spóźnią to dostałem telefon z informacją, że będą za jakieś 10 minut bo jeszcze szukają mojego bloku. Po obejrzeniu mieszkania powiedzieli jasno, że chcą jeszcze obejrzeć kilka lokali ale do wieczora dadzą znać co i jak. Zadzwonili i mimo, że zrezygnowali z naszego pokoiku to pozostawili po sobie bardzo dobre wrażenie. Pełny respekt dla tych państwa.

Z szaloną mamą
Dzień kolejny. Tym razem odzywa się dwóch prawie że studentów (zaczynają od października). Przyjezdni, z Elbląga (w tym wypadku jakoś wyjątkowo cieszyłem się, że to nie samice noso... tfu, dziewczyny), umówili się na dzień następny. Pod względem umawiania się, konkretności to na dobrą sprawę można zakwalifikować ich do gatunku Wzorowi. Dobrą ich cechą, znaczy dla mnie dobrą, nie dla nich, było to, że byli podatni na działania marketingowe: "Tak, ogłoszenie jest jeszcze aktualne" (do telefonu), "Na dzisiaj jestem jeszcze umówiony z trzema innymi osobami na oglądanie pokoju", "Tak, dużo, praktycznie co 15 minut telefon dzwoni", "Umowę wynajmu podpiszę z tym kto mi pierwszy do ręki zapłaci kaucję i opłaty za wrzesień" - kilka takich tekstów i nasze okazy zdecydowały, że nie będą już nic więcej oglądać i jadą po kasę do domu (kto idzie załatwiać wynajęcie czegokolwiek bez grubego portfela lub kart?). Dotarli do domu i teraz do akcji telefonicznej wkracza szalona mama. Na początek miała parę pytań do wzoru umowy, którą im przekazałem. Pytania wyjaśnione, szalona mama nie miała zastrzeżeń i teraz zaczęła się tyrada:
- "Bo jaki jest sens gnać chłopaków tyle kilometrów po to tylko, żeby zapłacili pieniądze jak można zrobić to przelewem na konto lub przekazem."
- "Taki sens, że trzeba podpisać umowę, przekazać klucze i ja nic nie ryzykuję, że stracę kolejnych kilka dni zanim pieniądze dojdą i będę mieć pewność, że pokój jest już na pewno wynajęty, a nie że mnie ktoś zrobi w balona." - już nie chciałem szalonej mamie uświadamiać, że wysyłaniem pieniędzy na nieznane konto bez żadnej umowy w ręku to ona najbardziej ryzykuje.
- "Ale jak pan może nie wierzyć, przecież ja jestem szanującą się osobą, która pracuje w szanującej się publicznej instytucji i ma pan moje słowo, że bla bla bla i bla bla bla i ble ble ble i pla pla pla pla" - takiej paplaniny było chyba z 5 minut przy czym argumenty nie docierały do żadnej ze stron. Luz, nie ja płaciłem za rozmowę więc mogłem sobie pogadać :D
Ostatecznie uzgodniliśmy, że wpłaci na drugi dzień pieniądze na moje konto i dla szybkiego potwierdzenia prześle mi na maila skan dowodu wpłaty. Niech będzie, jeden dzień ewentualnego opóźnienia w wynajęciu przeżyję. Dwie godziny później telefon od drugiej, tym razi mniej szalonej, mamy drugiego z wannabe-studentów.
- "Razem z tą drugą panią uzgodniliśmy, że jednak przywieziemy panu pieniądze do Gdańska i na miejscu podpiszemy umowę." - hmm, czyżby jedna mama mniej naiwna sprowadziła drugą bardziej naiwną na ziemię? :D
Umowa podpisana, pokój zasiedlony, można spać spokojnie nie martwiąc się o wyciek kasy z powodu niewykorzystanego miejsca w mieszkaniu.

Spostrzegawcza
Wprawdzie pokój już dawno wynajęty ale jeszcze z rozpędu pojawiły się ogłoszenia w prasie.
- "Dzień dobry, ja w sprawie ogłoszenia. Czy jeszcze aktualne?"
- "Dzień dobry. Nie, już jest nieaktualne."
Chwilę później.
- "Dzień dobry, ja w sprawie ogłoszenia. Czy jeszcze aktualne?"
- "Dzień dobry. Tak samo jak 10 sekund temu nadal nieaktualne ale proszę próbować."
Tak, w "Anonsach" pojawiły się jedno pod drugim dwa ogłoszenia o takiej samej treści z numerem telefonu włącznie :) Blondynka?

A teraz pora na małe podsumowanie. W ciągu 5 dni miałem umówionych 17 spotkań. Na miejscu pojawiło się 7 kompletów chętnych na pokój przy czym oprócz Zdecydowanego nikt nie dotarł na miejsce o czasie. O spóźnieniu zostałem uprzedzony tylko w trzech opisanych tutaj przypadkach. Pozostałe 3 osoby nawet nie raczyły smsa wysłać, co dopiero mówić o zadzwonieniu, a spóźnienia wahały się w granicach 0.5h - 2h. Od żadnej z 10 pozostałych osób, które w ogóle nie przybyły, reprezentujących gatunek w przybliżeniu Umawiaczy, nie dostałem żadnej informacji, że odwołują spotkania... Taki trochę refleksyjny to fakt, zwłaszcza że wszyscy przedstawiali się jako studenci, że tylko w 3 przypadkach (Błądząca, Wzorowi i z szaloną mamą) na 17 spotkania odbyły się tak, że nie można było wytknąć jakiegokolwiek przejawu braku podstawowej kultury.

PS. Chce ktoś może wynająć pokoik dwuosobowy na gdańskiej Morenie? Jako bonus dodam możliwość zagoszczenia na tym joggu ]:->