Powrót

04 maja 2005, 08:52:19

Powroty po długim weekendzie + przebudowa Błędnika w Gdańsku = 45 minut stania w korku + 15 minut na wczytywanie się w super jasne rozpiski ZKM i szukanie przystanku zastępczego tramwaju do Wrzeszcza... W każdym razie jakoś wróciłem :) Wałówka do zamrażalnika również ewakuowana, miejmy nadzieję, że przeżyła jakoś ogrzewany autobus w maju (sic!)...

Kategorie: Narzekadła, Z życia wzięte

Nic za darmo

28 kwietnia 2005, 22:41:11

No właśnie, wczoraj po raz kolejny przekonałem się, że nie ma nic za darmo i często ktoś robi niby coś dla Ciebie ale tak naprawdę chodzi tylko o własne korzyści. Nie, żebym się tam tym przejmował - normalka :) A więc po kolei. Przedwczoraj dostałem telefon od pewnej osoby w sprawie rewelacyjnej oferty pracy przy projekcie internetowym. Wiedział ktoś jak trafić do mnie bo się zainteresowałem z miejsca. Toteż i wczoraj udałem się do "chińskiej dzielnicy" w Gdyni na umówione spotkanie. Docieram sobie na miejsce i jako, że mam jeszcze sporą chwilę czasu to idę pobuszować w dalszej części ulicy. Wracam za chwilę z powrotem i zza łuku słyszę czyjś znajomy głos, a nawet więcej głosów. Co jest grane? No tak, trójmiejska banda z Blehny zjawiła się w pełnej gotowości. Chwila zagwozdki pod tytułem "Zaraz ale na dzisiaj żadne Blehna Party nie jest umówione więc co jest grane?". Jak się okazało cała nasza grupka została zaproszona przez tę samą osobę. No nic, wchodzimy do "dzielnicy", ładujemy się do sali konferencyjnej i czekamy razem z dwoma dziewczynami, które tę naszą grupę zorganizowały. W końcu przychodzi gościu, który będzie prowadzić prezentację. Zaczął przed nami roztaczać wizję standardowego życia jakie pewnie nas czeka i nowego życia jakie on proponuje. Wizja, w której zaczynamy od oszczędzania miesięcznie 10 złotych, a po krótkim czasie (kilka lat) stajemy sie osobami zarabiającymi 100.000€ miesięcznie nie ruszającymi nawet palcem i wygrzewającymi się przez większość czasu na Hawajach. Po chwili przekonujemy się, że mowa o tzw. systemie drabinkowym, w którym zarabiamy dzięki pracującym na nas zwerbowanym osobom, a na koniec pada magiczne słowo "Amway". Więcej już chyba nie trzeba dodawać. Na szczęście dzięki swojej pracy w tepsie przez jakiś czas i odpowiednim szkoleniom miałem okazję nauczyć się robić "pranie mózgu" klientom. Tym razem ta wiedza przydała się by zobaczyć piękną grę psychologiczną prowadzącego i dwóch zapraszających dziewczyn. Normalnie klasyka, aż mi się gęba śmiała na tej prezentacji przy wyłapywaniu kolejnych "haków" jak to się żargonowo w psychologii marketingowej nazywa. Roztoczenie wizji naszej wyjątkowości, gdyż starannie się selekcjonuje zaproszone osoby, podbijające autorytet przyznawanie się do błędów, techniki zaciekawienia klienta poprzez pozorne nieprzymuszanie go do żadnej decyzji a nawet odciąganie go od natychmiastowej decyzji, obecność podstawionego "ducha" na sali, który ma za zadanie granie normalnie zaproszonej osoby odpowiadającej na pytania prowadzącego w taki sposób, żeby wyglądać na osobę przekonaną do systemu to tylko kilka rzeczy, które dały się wyłapać na w sumie krótkim spotkaniu. Na koniec aż mnie kusiło, żeby to publicznie wszystko powiedzieć ale jakoś się powstrzymałem, w sumie to nie wiem czemu... no, nieważne. W każdym razie ubaw miałem niezły :) A po spotkaniu, jako, że sporo nas było znających się osób padła propozycja wyjścia "na jedno" piwo :D Wróciłem o 2 w nocy :) Przynajmniej imprezka się udała. No, gdyby jeszcze rano tak głowa nie bolała :) Ale już wyzdrowiałem :)

Kategorie: Przemyślenia i obserwacje, Rozrywka, Z życia wzięte

Co jest grane?

25 kwietnia 2005, 10:12:54

Za pierwszym razem to to może było fajne i śmieszne ale teraz już przestało być takie. Ale po kolei. Otóż siedzę sobie wczoraj, skrobię coś tam w PHP, aż tu nagle ktoś coś chce ode mnie. Numerek, znaczy się nikt kogo znam. No dobra, odpalam okienko rozmowy w Psi i patrzę kto. Jak się okazuje jakaś Kaśka z rozpędu napisała już kilka linijek, w których przekonuje mnie, że jednak fajnie byłoby gdybym pojechał nad jakieś tam jezioro. Hmm, no oki, nie znam ale pogadać nie zaszkodzi, zwłaszcza w stylu, że jednak znam :) Okazało się, że niby to ja nie chciałem jechać nad to jezioro i że trzeba mnie przekonywać, żebym jednak pojechał bo fajnie będzie, bo kupa znajomych. W sumie jako alternatywę dostałem też przyjazd do niej do domu bo "chata wolna" :D No normalnie rewelacja, obce laski zapraszają do chaty albo na biwak ]:-> Już mnie taka głupawka chwyciła, że mój brzuch nie wyrabiał ze śmiechu i w końcu Kaśkę uświadomiłem o pomyłce poprzez pytania czy aby na pewno rozmawia z tym z kim chciała rozmawiać. Chwila zwątpienia i się okazało, że nie jestem jednak Markiem, którego szuka :) Jak się okazało mój numer trafił do niej od kumpla jej koleżanki. No, droga mojego numeru trzeba przyznać zawiłą się okazała. Kasia po tym jak się już wszystko wyjaśniło okazała się fajną dziewczyną - w kontaktach już jest ]:-> No, ale nie na tym koniec. Za jakieś dwie godziny znowu jakiś inny numerek do mnie zagaduje, temat... wyjazd nad jezioro. Zaglądam do vcard i widzę, żę jakaś następna laska. No to stawiamy, że koleżanka tamtej i o to samo chodzi. Trafiłem :D Teraz już mi dużo łatwiej bo trochę o wyprawie zdążyłem się dowiedzieć. Tym razem Edyta dała się całkiem ładnie wkręcić i ponad pół godziny sobie z nią gadałem. No niestety, w końcu zeszło na szczegóły naszej niby-znajomości i tu już trochę poległem z wiedzą. Jak już Edyta się dowiedziała, że ja to jednak nie Marek tylko ktoś inny to znowu ona leżała ze śmiechu, że tak świetnie grałem :) I kolejny kontakt przybył mi w rosterze ]:-> Uściślijmy, że Kasia z Edytą bardzo dobrze się znają. Spokojnie, to jeszcze nie koniec historii ]:-> Północ, pyk, znowu numerek mi wyskakuje. Znowu jadę nad jezioro? Nie, tym razem nie trafiłem, tym razem jadę nad morze, na imię mam Darek i znowu jakiś jakiś kolega dał, tym razem Marcie, mój numer gg, z informacją tym razem tą samą, że jestem jego kuzynem i trzeba mnie namówić. Tutaj już nie grałem, znudziło mi się. Aczkolwiek sprawę wyjaśniłem i jako, że miło się rozmawiało to kolejny kontakt zawitał u mnie :) W tym momencie uruchomiłem śledztwo kimżesz jest ten szanowny kolega co tak szafuje moim numerem. Jak się okazało, wszystkie 3 dziewczyny jasno wskazały Piotrka z Zielonej Góry. Zielona Góra to już całkiem zagwozdka wziąwszy pod uwagę, że sam mieszkam w Gdańsku, aczkolwiek parę osób drogą wirtualną stamtąd znam więc wszystko możliwe. Także ja bardzo pięknie dziękuję Piotrkowi, kimkolwiek jest, za kontakty do trzech miłych dziewczyn ale już mi starczy - z trzema na raz mogę mieć naprawdę problemy z wyrobieniem się ]:-> A najbliższe dni pokażą czy Kasia, Marta i Edyta to 3xMiriam bo się komuś nudziło, czy rzeczywiste dziewczyny wrobione przez kogoś :)

Kategorie: Internet, Z życia wzięte

Przychodzi Draakhan...

21 kwietnia 2005, 13:03:45

Przychodzi Draakhan do lekarza

  • To do tego antybiotyku jeszcze jakiś lek ochronny na żołądek jakby Pan Doktór mógł dać.
  • A to Actimel sobie Pan kupi.

Przychodzi Draakhan do apteki:

  • Actimel poproszę.
  • Eeeee... ale to musi Pan w sklepie spożywczym kupić...
  • To co to za lek, że go muszę w spożywczym kupować, a w aptece go nie ma?
  • To jest mleko z bakteriami, proszę Pana, w telewizji reklamowane.

Tak to jest jak człowiek włącza telewizor raz do roku :)

Kategorie: Śmiesznostki i ciekawostki, Z życia wzięte

Sny dziwne

23 marca 2005, 23:20:41

Ogólnie to zacząć trzeba od tego, że sny to ja miewam niezbyt często. No, ale jak się już je ma to normalnie klasyka. Otóż grałem dzisiaj sobie przez cały dzień w Morrowinda. W końcu padło mi się ze zmęczenia i poszedłem spać. I w tym momencie zdziwko bo coś mi się nawet śni ;) A śnią mi się Popielne Ziemie, deszcz a właściwie burza, pioruny walą i oczywiście pora nocna więc strach się bać. Aż tu nagle zza zakrętu wypada na mnie kagouti ze swoim śmiesznym sposobem atakowania przekrzywioną o 90 stopni mordą. Moja kondycja, ekhem, pozostawia wiele do życzenia claymorem niezbyt idzie mi machanie claymorem. Many też nie za wiele więc i czaru żadnego nie mogłem rzucić zresztą przy takiej kondycji i tak by pewnie nie wyszedł. Kagouti pac, pac i jako dusza zobaczyłem po chwili upadające swoje ciało. Hmm i co teraz? Przypominam, że cały czas śpię :) Ano to co zwykle w trakcie spania się zdarza: "Czy chcesz przywrócić ostatnio zapisany sen?". No oczywiście, że "Tak" :) Chwila ładowania się save'a i możemy dalej kontynuować bieganie po Vvardenfell (załatwiając tym razem wredne kagouti). A po obudzeniu się jakiś czas później pierwszą moją reakcją był donośny śmiech. No przecież to całkiem normalna reakcja na całkiem normalne sny :]

Pozdrawiam, Wasz Save'ujący

Kategorie: Rozrywka, Z życia wzięte

Poszukiwany, poszukiwan(y)

23 lutego 2005, 18:46:05

Wczoraj przypadkiem przechodząc przez Wydział zauważyłem, że do 3 marca trzeba złożyć indeksy. Aaaaha, znaczy się pora odgrzebać go i zrobić przebieżkę po wykładowcach. Wieczorem pomny swojej myśli sięgnąłem do szafki... hmm, nie ma? A to pewnie na półce go położyłem... tia, akurat. Znaczy się trzeba przeszukać cały pokój i zrobić przy okazji porządek. Porządek może i nawet jakiś się zrobił ale indeksu dalej jak nie było tak nie było. Hmmm, w domu został? Żaden problem, zadzwonię to sprawdzą. Postawiłem cały dom w stanie "gotowości indeksowej". Po godzinie telefon, że co jak co ale indeksu to w domu na pewno nie ma. Kolejna myśl, nasz Sołtys. Oj przetrzepię go jak ta cholera znowu zabrała indeksy całej grupy i mi nie oddała. Kolejny telefon. Aha, Sołtys jest na Słowacji na nartach. Jak odebrał telefon to dobrze, że na baczność nie stanął. "Nie, raczej nie mam ale przedzwonię do domu". No to sobie poszedłem spać bo to pewnie trochę minie. Rano dostaję sms'a, że starsza Sołtysa cały dom przeszukała i inne są ale mojego nie ma. No dobra, która cholera z mojej grupy zawędziła mi indeks? Puszczam maila zaczepnego na grupę dyskusyjną. Cisza. No dobra, to drugi mail.

  • Sami odbieraliśmy czy ktoś nam odbierał?
  • Sami.
  • Grrrrr! Kto do $@#$@# @#$@#$@# podwędził mi indeks. No jak ja mam na 5 roku odtwarzać wpisy to ja dziękuję...

"Lekko" zaczęło mnie już nosić. Przebłysk świadomości i kolejny telefon do domu.

  • Mamo, a ja Ci w tym semestrze pokazywalem indeks?
  • Nie...
  • Eeeee, aaaha...

Hmm, mam dziwne przeczucie. Zrobiłem szybki wyskok na uczelnię do dziekanatu. Tiaaa, skutki sklerozy i rozpoczynania poszukiwań od dupy strony to pół powiatu postawione w stanie gotowości. A indeks sobie spokojnie leżał w przegródce od wakacji i czekał grzecznie na mnie aż go raczę odebrać :]

Pozdrawiam, Wasz Poszukiwawywewiwujący

Kategorie: Studia i nauka, Z życia wzięte

STMicroelectronics

22 lutego 2005, 16:50:49

Bycie studentem uczelni technicznej ma swoje plusy, a już zwłaszcza na 5 roku. Czytasz w prasie specjalistycznej ogłoszenie o seminarium i trzema magicznymi skrótami "PG, ETI, SSE" otwierasz sobie drzwi czterogwiazdkowych hoteli gdzie specjaliści z wielkich korporacji elektronicznych czekają na Ciebie aby przekazać Ci w miłej i kulturalnej atmosferze najnowsze swoje osiągnięcia. Tak też i dzisiaj lokaj otwierał drzwi w Hotelu Haffner abym razem z grupką kilku znajomych z roku mógł zapoznać się z technologiami opracowanymi przez STMicroelectronics.

Ale nie samo miejsce jest ważne. Wielkim zaskoczeniem była dla mnie wiedza inżyniera aplikacyjnego, który to seminarium prowadził. Słowem wyjaśnienia: inżynier aplikacyjny to taka bestia, która przechodziła przez wszystkie kolejne etapy kariery konstruktorskiej, że wreszcie posiadła tak szeroką wiedzę w tej dziedzinie, iż jest w stanie usiąść przy telefonie czy też obok klienta firmy i w ciągu kilku minut rozwiązać dowolny problem konstrukcyjny. Tacy ludzie budzą szacunek swoją wiedzą praktyczną jak też i teoretyczną, bez której nie byłoby praktyki. Jednocześnie taka osoba potrafi przez 4h prowadzić seminarium dla osób, które takiej wiedzy nie posiadają (np. taki leszczyk jak ja :D ) i zrobić to w taki sposób, że wszystko od początku do końca staje się zrozumiałe. Czemu ja takich wykładowców nie mam u siebie na uczelni jak ci inżynierowie aplikacyjni? I tak po dniu dzisiejszym pojęcia, takie jak Wi-Fi, Bluetooth, PLC, xDSL, DALI, SecuTel, o których gdzieś coś tam słyszałem przestały być dla mnie czarną magią a stały się rzeczami, które rozumiem jak działają, jak je wykorzystać, jakie są z nimi problemy itd. itp.

A po seminarium piękne panie zapraszają na lunch do hotelowej restauracji. Nie ma jak się objeść po wysiłku umysłowym smacznymi daniami z raczej niecodziennej kuchni. Sypki biały i czarny ryż, wspaniała ciepła ryba z cytryną i smakowitymi dekoracjami. Potem dwie wyprawy do szwedzkiego stołu z zimnymi przekąskami zakończone powrotem z pełnym talerzem, żeby chociaż posmakować wszystkiego co przygotowali. Cały zaś lunch zakończyć należy kilkoma kawałkami ciasta. A wszystko to w klimatycznie urządzonej sali z biegającymi po niej kelnerkami o nogach aż do szyi.

To kiedy ja mam następną konferencję? Aaaa, już za dwa dni, w Hotelu Hevelius :)

Pozdrawiam, Wasz Marzący-O-Byciu-Aplikacyjnym

Kategorie: Studia i nauka, Z życia wzięte

Wiwat dowartościowującym się debilom...

31 stycznia 2005, 04:51:47

Szlag człowieka może trafić na ludzi próbujących się dowartościować. Zrób coś ku wygodzie wszystkich to nie, oni muszą pokazać, że zrobią swoje i że ich będzie "lepsze". Stoi sobie strona mojej grupy, którą jakiś czas temu napisałem, żeby o każdej porze wszystkie materiały były dostępne dla każdego chętnego. To nie, trzeba postawić FTP na swoim kompie bo to lepsze, bo szybsze (taaa, jasne) i mniej problemowe niż przesyłanie na stronę (taaa...). I co taki stawiający "lepszego" FTP'a robi w trakcie sesji w dzień przed egzaminem? Oczywiście - idzie sobie spać i wyłącza komputer... A to, że ktoś o 4 rano może potrzebować opracowane pytania na egzamin bo mu się przez przypadek skasowały to już go g...uzik obchodzi... Jutro Arturku Szanowny z Ciebie kobietkę chyba zrobię...

Pozdrawiam (oprócz przyszłej kobietki), Wasz Mogący-Sobie-Pójść-Spać

Kategorie: Narzekadła, Studia i nauka, Z życia wzięte

2 w 1

30 stycznia 2005, 11:51:46

KRONIKARZ

Jest sobie w świecie Blehny taka postać jak Kronikarz. Stworzył on Księgę Rekordów tejże gry i czasu swego stał się najbardziej poważanym Mówcą Blehny. I to mu się rzeczywiście należało. Mieszka on i pracuje aktualnie w Anglii. Ostatnio jednak z okazji poświątecznego urlopu zawitał do Polski, po której odbył swoiste tournee. Kilka dni temu otrzymałem od niego niespodziewaną wiadomość, iż praktycznie ostatnim jego przystankiem w podróży będzie... Trójmiasto. Jak się okazało jego postanowieniem, które powziął na długo przed urlopem było odwiedzić mnie co by "odebrać swojego Złotego Taunta" (oczywiście z przymrużeniem oka) i napić się ze swoim ulubionym wrogim klanem złocistego napoju (tu już bez przymrugiwania). Nie trzeba mówić jak wielkim zaskoczeniem to było dla mnie. Szybko powziąłem odpowiednie środki, żeby ściągnąć jak największą ilość lokalnych maniaków Blehny. Poszły zaproszenia do mojego klanu jak też i do innych. Niestety, tylko nasz klan dopisał i pojawił się w 5-osobowym składzie (Olemka, pedro, Dirinthal, MAXymilian i ja). Po krótkiej chwili spędzonej w moim pokoju zrobiliśmy nalot na "Rugbusia" i złoty nektar bogów polał się do pucharów. ANNIHILATOR, bo pod takim imieniem znamy Kronikarza, okazał się tzw. duszą towarzystwa i zupełnie inne wrażenie sprawiał niż stateczna, rozważna osoba jaką znałem z forum - oczywiście wcale się tym nie zmartwiłem :) Wieczór minął aż za szybko i za płynnie (taaa, ten wczorajszy mój kacyk :]) a jego hitem na pewno pozostanie zrobiona wspólnymi siłami "Jajecznica by Draakhan" (będą jej zdjęcia niedługo): podsmażona cebulka, podsmażony boczek, podsmażona kiełbaska, czosnek, pomidory, fasolka czerwona, kukurydza, groszek, ogórek kiszony, chleb pokrojony w kostkę, oregano, chili, estragon, zioła prowansalskie, pieprz, sól i kupa jajek :D Jak już było gotowe (Patelniowy MAXymilian stwierdził, że pierwszy raz mieszał jajecznicę, która nie mieściła się w patelni) to jako, że studenci talerzy za dużo nie posiadają to zrobiliśmy kółeczko na łóżku wokół patelni i staropolskim zwyczajem szamaliśmy jajecznicę bijąc sie łyżkami, widelcami czy co kto tam miał pod ręką. Oczywiście jak to dobrze, że melina jest dwa pokoje dalej :) Impreza niestety koło drugiej zakończyć się musiała z racji, że Kronikarz o 9 rano z Trójmiasta musiał wyjechać na samolot do Berlina. Miłe wspomnienia pozostały :)

WOLNOŚĆ SŁOWA

Zawsze mi się zdawało, że w moim kraju panuje wolność słowa ale też zawsze myślałem, że istnieje wolność czytania publikacji ogólnodostępnych praktycznie dla każdego internauty. Wczoraj niestety okazało się, że tak nie jest. Otóż Osoba1 jest u nas uprawniona do tego, żeby mieć pretensje do Osoby2, która pokazała Osobie3 swoją publikację. Ponadto zupełnie zgodne z wszelkimi panującymi zwyczajami jest posiadanie pretensji przez Osobę1 do Osoby2, że zamieściła linka do publikacji Osoby3 skutkiem czego wiedziona ciekawością Osoba2 klikając na tego linka jest oburzona, że trafiła na publikacje Osoby3 (czego oczywiście sobie nie życzyła) a nie na publikacje George'a Busha. Jak to leciało? "Ludzie. Ludzie są funny."

Pozdrawiam, Wasz Już-Zdrowy i Funnujący

Kategorie: Narzekadła, Osobiste, Rozrywka, Z życia wzięte

Technologia betonu

25 stycznia 2005, 15:44:32

Wczoraj odbębniałem praktyki z betonowania. Technologię produkcji betonu przez ostatnie cztery lata wydaje mi się, że dość dobrze opanowałem. Nic nie pobije wprawdzie "praktyk" z analmatu, gdzie całe stado stworów z betonowymi mózgami tłoczyło się ze skrawkiem papieru z nerwowym oczekiwaniem przed drzwiami Egzekutora M. Po wyjściu z Gabinetu Grozy wszyscy o dziwo promieniowali uśmiechem. Ja również - to było 1 miejsce. Wczoraj było zdarzenie z miejscem nr 2.

Stan mojego betonizmu przed godziną zero był podobny do stanu w jakim znajduje się graf kontrolera TAP w magistrali IEEE 1149.1 po następującej sekwencji zdarzeń: TMS=1,TCK/TCK/TCK/TCK/TCK/ (dla nieświadomych: Test-Logic-Reset). Przed ostatecznym zestaleniem się ciekłego betonu niedobitki stwierdziły, że w ich ośrodkach kontrolnych na stałe zapisane jest wykonywanie instrukcji BYPASS, co niektórzy głosili chęć wykonania EXTEST'u bo na INTEST to mało kto liczył. Przyszedł Usztywniacz... Gawiedź ciekłobetonowców wylała się niczym z betoniarki do sali o numerze nieokreślonym. Usztywniacz do ścieżki wprowadził dane wejściowe. Część ciekłobetonowców zakomunikowała, że oni już wystarczająco się zestalili i opuścili salę X. Chytrym wzrokiem zza szkieł swoich spojrzałem w kierunku ciekłobetonowca, który nie wykazywał żadnych oznak zestalenia. Co więcej, on się rozpływał. Uwierzyłem w swoje szczęście, którego zazwycaj nie mam ("w totolotka to chyba nigdy nie wygrałeś" :D ) - nie zestalę się. Zarzuciłem EXTEST'a. Usztywniacz jakoś nie zareagował na próbę połączenia naszych ścieżek brzegowych i połączenie zostało z sukcesem utrzymane. Nastąpił transfer danych. Po zakończeniu transmisji rozłączyliśmy się, nastąpiło potwierdzenie odbioru wyników testu rdzenia układu. Usztywniacz stwierdził, że potrzebuje 24h na sparsowanie wyników uzyskanych przez Nieciekłych. Nieciekli z minami grobowymi udali się do swoich foremek...

Minęły 24h, Usztywniacz ogłosił z tryumfem listę usztywnionych. Pozostałem w stanie ciekłym... Na 90% - chyba pójdę się zalać rozmiękczaczem, procentowym, z bąbelkami...

Pozdrawiam, Wasz Prawie Ciekły

Kategorie: Grafomania, Studia i nauka, Z życia wzięte